Sama treść książki o lemingach jest doskonale przewidywalna. Ostatecznie leming to czołowe zwierzę w prawicowym bestiariuszu. Jest obrzydliwy i bez przerwy zamachuje się na naszą religijną i kulturową tożsamość. Oczywiście nie robi tego sam z siebie – przyczyną są pewne wraże siły, stojące z tyłu i głęboko ukrywające się z cieniu. Drugą wielką zaleta książki jest bowiem autoironia – zgrzebna przesada pozwala nam na gogolowskie pytanie: „z czego się śmiejecie?” i oczywistą odpowiedź: „z samych siebie się śmiejecie”. Bowiem dobrą jakość humoru można uzyskać tylko z przesady, która bazuje na pewnej umysłowej cliché czytelników. Jakoś musimy się sami rozpoznać w tych otumanionych stworzakach kłębiących się w open space’ach korporacji - pisze Juliusz Gałkowski.
Książka od razu zdobyła moją sympatię, i to pomimo faktu że jestem już nieco zmęczony lekturą przygód „młodych wykształconych, z dużych ośrodków miejskich” oraz dowcipami o słoikach. Książka nawiązuje do stylu wydawania tych o przygodach Mikołajka. Co tu ukrywać, czytałem ją jako młody człowiek i zataczałem się przy niej ze śmiechu. Siła skojarzenia jest ogromna. Gdy więc wziąłem do reki „Lemingi” wydane przez wydawnictwo Fronda, to wiedziałem że książka będzie śmieszna. Mając nawet pełną świadomość, ze przygody młodych francuskich uczniaków opisane przez Gościnnego są kilka pólek wyżej.
Być może to zabieg świadomy, a może nie. Mam jednak nadzieję, że Barbara Kuropiejska-Przybyszewska, tak jak ja, lubiła Alcesta, Mikołajka i Kleofasa i stąd doskonały pomysł na ilustracje.
Sama treść jest doskonale przewidywalna. Ostatecznie leming to czołowe zwierzę w prawicowym bestiariuszu. Jest obrzydliwy i bez przerwy zamachuje się na naszą religijną i kulturową tożsamość. Oczywiście nie robi tego sam z siebie – przyczyną są pewne wraże siły, stojące z tyłu i głęboko ukrywające się z cieniu. Drugą wielką zaleta książki jest bowiem autoironia – zgrzebna przesada pozwala nam na gogolowskie pytanie: „z czego się śmiejecie?” i oczywistą odpowiedź: „z samych siebie się śmiejecie”. Bowiem dobrą jakość humoru można uzyskać tylko z przesady, która bazuje na pewnej umysłowej cliché czytelników. Jakoś musimy się sami rozpoznać w tych otumanionych stworzakach kłębiących się w open space’ach korporacji.
Ewentualnie możemy stać się przedstawicielami Podkarpacia i nosić mentalne wąsy, jak jakiś podrzeszowski Janusz. W tej sytuacji rozpoznajemy się jako przedmiot pogardy bohaterów książeczki i przez to tez nawiązujemy z nimi kontakt.
Co nie zmienia jednak faktu, że pod przerysowaniami i hiperbolami ukrywa się szereg boleśnie prawdziwych obserwacji. Pierwsza jest fakt dwójmyślenia. Inaczej bohaterowie mówią między sobą, stosując specyficzny żargon, a inaczej z bliskimi, z rodziną (osobami płodzącymi) , z przyjaciółmi gdzieś na głębokiej prowincji, która jest tak naprawdę wciąż jedynym życzliwym miejscem. Kiedy wczytać się w prześmiewcze dialogi pomiędzy lemingami to odkrywamy, że autor (autorzy?) - być może mimowolnie – wkleili im nostalgie za domem, gdzie jest bezpiecznie i nie trzeba być zupełnie nowoczesnym. Ale owo dwój myślenie, takie korporacyjno/domowe, powoduje że „młodzi, wykształceni i z wielkich ośrodków” sami nie wiedzą, co myślą.
Kilka miesięcy temu mój kuzyn napisał na facebooku o „mniej inteligentnej części Kościoła, która popiera list biskupów o rodzinie”. Kiedy zapytałem się go dlaczego uważa, że jestem głupszy od niego zdumiał się. Przyczyn osłupienia było kilka. Pierwszą oczywiście fakt, że ktoś kogo on zna (a nie jakieś ponure i ukryte w borach Podkarpacie) może uważać ów list za wartościowy. Po drugie, kłopot polegał, że teraz on musiał tłumaczyć się z braku tolerancji – a przecież postępowy oznacza tolerancyjnego z definicji. Po trzecie, po czwarte, po piąte… miejsc konformacji Tej „inteligentniejszej” i „mniej inteligentnej” części społeczeństwa jest naprawdę wiele. A książka ukazuje je w nader sympatyczny sposób.
Wszystkim czytelnikom polecam w sposób szczególnych historię o „Panu Tadeuszu”. Ironiczne i hipsterskie podejście do tej lektury może naprawdę zmienić obraz świata i dziejów literatury ojczystej.
Ale jest coś, co w książce „Lemingi” naprawdę mnie niepokoi. To jest to, że autor (autorzy?) zupełnie nieświadomie kreują nowy język. Na razie złośliwie przerysowujący dyskursy postępowej młodzieży (a jakie one są, możemy się przekonać czytując obrońców Poli Dwurnik) ale już niedługo, niedługo będziemy tym koszmarem językowym mówić wszyscy. Zbyt dobry twór nam podają. Sam chętnie bowiem mówię i piszę o „homopozytywnych”, i sam nie wiem czy gdzieś to usłyszałem czy też wyczytałem w którejś historyjce o wybitnej awangardzie postępu. A takich językowych chwastów jest naprawdę sporo. Jeżeli twórca „Lemingów” zdaje sobie sprawę z tego niebezpieczeństwa, to przypuszczam, że może źle sypiać po nocach. Współczuję… ale książka jest naprawdę świetna.
Juliusz Gałkowski
http://rebelya.pl/post/7597/lemingi-a-z-czego-sie-smiejecie-z-samych-siebie