Prowadzę badania naukowe na temat działalności służb specjalnych PRL-u
w wybranych środowiskach Poznania i Wielkopolski. Moje doświadczenie
w kwerendzie archiwalnej w IPN jest jeszcze - w porównaniu na przykład
ze wspomnianym Cenckiewiczem - bardzo skromne. Jedno wszakże poznałem
dokładnie: werbunki, z jakimi się zetknąłem, na etapie podejmowania
decyzji o proponowaniu współpracy musiały być zgłoszone przełożonemu
i przez niego (po dokonaniu analizy materiału przygotowanego przez
werbującego funkcjonariusza) zaakceptowane. Zwerbowany najczęściej
spotykał się z otwartą propozycją współpracy, najczęściej własnoręcznie
pisał zobowiązanie do współpracy, proponował sam swój konspiracyjny
pseudonim, ustalał z werbującym system łączności, uzyskiwał informacje
o miejscu spotkań z prowadzącym SB-kiem (na przykład w tzw. lokalu
konspiracyjnym - oczywiście niejawnym), otrzymywał także przeszkolenie
w zakresie zasad konspiracji. Tajny współpracownik był niejednokrotnie
sprawdzany w bezpośredniej konfrontacji z przełożonym prowadzącego,
podlegał okresowej ocenie, a współpracę z bezużytecznymi czy tylko
pozorującymi współpracę ("wartość operacyjna znikoma") bardzo szybko
zrywano, przenosząc akta tajnego współpracownika do archiwum.
Czy po czymś takim można twierdzić, że nie wiedziało się o fakcie
zwerbowania przez służby? A tak robią najczęściej ci, o których
dowiaduje się dzisiaj społeczeństwo - IDĄ W ZAPARTE! Trudno się im
dziwić: bo jak inaczej można próbować zaprzeczyć faktom, usiłując
zachować resztki twarzy?
Akta były na przełomie 1989/1990 selektywnie niszczone - po tym też
są w IPN wyraźne ślady. Wydaje mi się dość oczywistym to, które osoby
"zabezpieczano" na przyszłość poprzez próbę ukrycia faktu współpracy.
Te mianowicie, które dawały szanse dalszego wykorzystania. Jestem
zdania (i nic mnie dotąd nie przekonało, że się mylę!), że dzisiejsze
ośrodki władzy w Polsce są pod przemożnym wpływem ludzi tamtych służb.
Że "haki" pozostały: jeśli nie w archiwach przejętych przez IPN,
to na pewno w prywatnych zasobach SB-ków i innych WSI-oków... Zawsze
mogą być "znalezione", pogrążając nieposłusznych i tych, którzy z tego
oczywistego szantażu próbowali się wyłgać (casus abp. Paetza). Tak się
dziwnie składa, że BARDZO CZĘSTO wyjaśnieniem niezwykłej kariery:
czy to politycznej, czy finansowo-ekonomicznej, czy społecznej jest
po prostu fakt współpracy ze służbami PRL-u. "Ci to psipadek?"
Dobry temat na kolejne badanie naukowe: "Lista stu najbogatszych
Polaków a współpraca ze służbami PRL-u"!
Wpływ tamtych służb na realia dzisiejsze przejawia się też na przykład
w prawodawstwie polskim, którego doktryna uwolniła od odpowiedzialności
lustracyjnej tych tajnych współpracowników, w przypadku których nie
zachowała się tzw. teczka pracy, czyli ta część akt współpracownika,
gdzie gromadzono jego donosy czy też pokwitowania odbioru gratyfikacji.
Jeśli te dowody współpracy konfidentów wcześniej "zabezpieczono"
przed przejęciem przez IPN, to mogą oni teraz w procedurze lustracji
spokojnie zaprzeczać faktowi współpracy, nawet jeśli istnieją ich dane
w tzw. zapisach ewidencyjnych, nawet jeśli zachowały się ich spisane
własnoręcznie zobowiązania! "Oni tej współpracy nie podjęli, nie ma
dowodów, że na kogokolwiek donosili"! Mogą składać niezgodne z prawdą
oświadczenia lustracyjne i mogą dzięki temu w majestacie prawa nadal
pełnić, jak na przykład TW "Wal" w Poznaniu, funkcję radnego Sejmiku
Województwa Wielkopolskiego. Bo pani prokurator Biura Lustracyjnego IPN
bezradnie rozkłada ręce! A na moje pytanie, czy w procesie weryfikacji
oświadczeń lustracyjnych w takim wątpliwym przypadku przesłuchano
chociaż znanego przecież oficera prowadzącego - nie otrzymałem dotąd
odpowiedzi...
Co robić z tymi wszystkimi, o których dowiaduję się, że mają w IPN
swoją niechlubną przeszłość? Co robić z poznańskimi księżmi: TW "Jan",
TW "Leon", TW "Tadeusz", TW "Agat" czy TW "Marcin"? Wydawało się dotąd,
że są całkowicie poza podejrzeniami, cieszą się bowiem nadal poważaniem
i uznaniem, zwłaszcza środowisk niepodległościowych i patriotycznych?
Czy wiedząc o ich skrywanej przeszłości można spokojnie uczestniczyć
w prowadzonych przez nich uroczystościach patriotycznych, w liturgii
przez nich sprawowanej? Czy poszlibyście do nich do konfesjonału?
W takim tylko sensie zgadzam się z zacytowaną wypowiedzią córki
ś.p. Zbigniewa Romaszewskiego: wpadliśmy, w pewnym sensie, w pułapkę.
Ale nie może prowokować nas ona do stwierdzeń, że akta byłych służb
PRL-u są bezwartościowe, że werbujący tylko udawali werbunek, tak jak
rzekomo tajni współpracownicy udawali współpracę, że najlepiej
tę całą spuściznę zabetonować... NIE! Po stokroć NIE! Prawda musi
być ujawniana, prawdę trzeba badać i weryfikować, ale prawdy nie
można zaklajstrować stwierdzeniami: "nie współpracowałem", "nie
wiedziałem", "oszukiwałem SB-ków prowadząc z nimi grę"...
To moje przemyślenia po blisko dwóch miesiącach intensywnych badań
archiwaliów poznańskiego IPN.
dr Krzysztof Borowiak
http://krzysztof.borowiak.pl/ipn.html
w wybranych środowiskach Poznania i Wielkopolski. Moje doświadczenie
w kwerendzie archiwalnej w IPN jest jeszcze - w porównaniu na przykład
ze wspomnianym Cenckiewiczem - bardzo skromne. Jedno wszakże poznałem
dokładnie: werbunki, z jakimi się zetknąłem, na etapie podejmowania
decyzji o proponowaniu współpracy musiały być zgłoszone przełożonemu
i przez niego (po dokonaniu analizy materiału przygotowanego przez
werbującego funkcjonariusza) zaakceptowane. Zwerbowany najczęściej
spotykał się z otwartą propozycją współpracy, najczęściej własnoręcznie
pisał zobowiązanie do współpracy, proponował sam swój konspiracyjny
pseudonim, ustalał z werbującym system łączności, uzyskiwał informacje
o miejscu spotkań z prowadzącym SB-kiem (na przykład w tzw. lokalu
konspiracyjnym - oczywiście niejawnym), otrzymywał także przeszkolenie
w zakresie zasad konspiracji. Tajny współpracownik był niejednokrotnie
sprawdzany w bezpośredniej konfrontacji z przełożonym prowadzącego,
podlegał okresowej ocenie, a współpracę z bezużytecznymi czy tylko
pozorującymi współpracę ("wartość operacyjna znikoma") bardzo szybko
zrywano, przenosząc akta tajnego współpracownika do archiwum.
Czy po czymś takim można twierdzić, że nie wiedziało się o fakcie
zwerbowania przez służby? A tak robią najczęściej ci, o których
dowiaduje się dzisiaj społeczeństwo - IDĄ W ZAPARTE! Trudno się im
dziwić: bo jak inaczej można próbować zaprzeczyć faktom, usiłując
zachować resztki twarzy?
Akta były na przełomie 1989/1990 selektywnie niszczone - po tym też
są w IPN wyraźne ślady. Wydaje mi się dość oczywistym to, które osoby
"zabezpieczano" na przyszłość poprzez próbę ukrycia faktu współpracy.
Te mianowicie, które dawały szanse dalszego wykorzystania. Jestem
zdania (i nic mnie dotąd nie przekonało, że się mylę!), że dzisiejsze
ośrodki władzy w Polsce są pod przemożnym wpływem ludzi tamtych służb.
Że "haki" pozostały: jeśli nie w archiwach przejętych przez IPN,
to na pewno w prywatnych zasobach SB-ków i innych WSI-oków... Zawsze
mogą być "znalezione", pogrążając nieposłusznych i tych, którzy z tego
oczywistego szantażu próbowali się wyłgać (casus abp. Paetza). Tak się
dziwnie składa, że BARDZO CZĘSTO wyjaśnieniem niezwykłej kariery:
czy to politycznej, czy finansowo-ekonomicznej, czy społecznej jest
po prostu fakt współpracy ze służbami PRL-u. "Ci to psipadek?"
Dobry temat na kolejne badanie naukowe: "Lista stu najbogatszych
Polaków a współpraca ze służbami PRL-u"!
Wpływ tamtych służb na realia dzisiejsze przejawia się też na przykład
w prawodawstwie polskim, którego doktryna uwolniła od odpowiedzialności
lustracyjnej tych tajnych współpracowników, w przypadku których nie
zachowała się tzw. teczka pracy, czyli ta część akt współpracownika,
gdzie gromadzono jego donosy czy też pokwitowania odbioru gratyfikacji.
Jeśli te dowody współpracy konfidentów wcześniej "zabezpieczono"
przed przejęciem przez IPN, to mogą oni teraz w procedurze lustracji
spokojnie zaprzeczać faktowi współpracy, nawet jeśli istnieją ich dane
w tzw. zapisach ewidencyjnych, nawet jeśli zachowały się ich spisane
własnoręcznie zobowiązania! "Oni tej współpracy nie podjęli, nie ma
dowodów, że na kogokolwiek donosili"! Mogą składać niezgodne z prawdą
oświadczenia lustracyjne i mogą dzięki temu w majestacie prawa nadal
pełnić, jak na przykład TW "Wal" w Poznaniu, funkcję radnego Sejmiku
Województwa Wielkopolskiego. Bo pani prokurator Biura Lustracyjnego IPN
bezradnie rozkłada ręce! A na moje pytanie, czy w procesie weryfikacji
oświadczeń lustracyjnych w takim wątpliwym przypadku przesłuchano
chociaż znanego przecież oficera prowadzącego - nie otrzymałem dotąd
odpowiedzi...
Co robić z tymi wszystkimi, o których dowiaduję się, że mają w IPN
swoją niechlubną przeszłość? Co robić z poznańskimi księżmi: TW "Jan",
TW "Leon", TW "Tadeusz", TW "Agat" czy TW "Marcin"? Wydawało się dotąd,
że są całkowicie poza podejrzeniami, cieszą się bowiem nadal poważaniem
i uznaniem, zwłaszcza środowisk niepodległościowych i patriotycznych?
Czy wiedząc o ich skrywanej przeszłości można spokojnie uczestniczyć
w prowadzonych przez nich uroczystościach patriotycznych, w liturgii
przez nich sprawowanej? Czy poszlibyście do nich do konfesjonału?
W takim tylko sensie zgadzam się z zacytowaną wypowiedzią córki
ś.p. Zbigniewa Romaszewskiego: wpadliśmy, w pewnym sensie, w pułapkę.
Ale nie może prowokować nas ona do stwierdzeń, że akta byłych służb
PRL-u są bezwartościowe, że werbujący tylko udawali werbunek, tak jak
rzekomo tajni współpracownicy udawali współpracę, że najlepiej
tę całą spuściznę zabetonować... NIE! Po stokroć NIE! Prawda musi
być ujawniana, prawdę trzeba badać i weryfikować, ale prawdy nie
można zaklajstrować stwierdzeniami: "nie współpracowałem", "nie
wiedziałem", "oszukiwałem SB-ków prowadząc z nimi grę"...
To moje przemyślenia po blisko dwóch miesiącach intensywnych badań
archiwaliów poznańskiego IPN.
dr Krzysztof Borowiak
http://krzysztof.borowiak.pl/ipn.html
(2)
1 Comments
@autor
25 September, 2014 - 11:36