Historycy bez matury z historii

 |  Written by Ursa Minor  |  7
To nie żart - kandydaci na studia historyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim nie muszą obowiązkowo zdawać matury z historii. Co więcej, aż 12 innych z największych wydziałów historycznych w Polsce także zrezygnowało z tego wymogu. Jednym z powodów jest... trudna matura z historii.

- To pójście na łatwiznę i efekt ciągłego obniżania poziomu szkolnictwa wyższego. Nasze uniwersytety będą zajmowały coraz niższe miejsca w światowych rankingach. Niedługo dojdzie do tego, że w ogóle zrezygnuje się z naboru na historię – zauważa Grzegorz Surdy z Obywatelskiej Komisji Edukacji Narodowej, który dwa lata temu wziął udział w proteście głodowym w obronie lekcji historii w szkołach średnich.

Jaki jest powód takich decyzji na uczelniach? Jedni twierdzą, że matura z tego przedmiotu jest zbyt trudna, a inni, że ogranicza możliwości rekrutacji i tylko dwa uniwersytety utrzymały stare zasady przyjęć na studia.
 
http://niezalezna.pl/57140-historycy-bez-matury-z-historii
5
5 (2)

7 Comments

chryzopraz's picture

chryzopraz
gdyby nie było jednak straszne! Jeśli historia na maturze jest zbyt trudna, to jak przyszli studenci będą sobie radzić na studiach?! Właściwie to nie jest pytanie do studentów, bo student zawsze sobie poradzi, lecz do wykładowców.

A oni nam odpowiadają: obniżajmy poziom, bo gdy nie będzie naboru, to my pójdziemy na zieloną trawkę.

Niestety, to nic nowego. Wiem, że na niektórych uczelniach np. na fizykę nie przeprowadza się egzaminów wstępnych, bo nie byłoby kogo przyjąć. Więc komisja przeprowadza "rozmowy kwalifikacyjne" z kandydatami i zadowala się stopniem uzyskanym przez delikwenta na maturze.

I w ten oto sposób, znajdując się w pułapce bezpłatnych studiów, podtrzymuje się fikcję znakomitego wykształcenia, jakie dają polskie uczelnie.

Ku chwale ojczyzny, oczywiście.

 

Ursa Minor's picture

Ursa Minor
Wydaje mi się, że to nawet nie jest kwestia płatnych czy bezpłatnych studiów, bo na płatnych studiach też "studiują" osoby zupełnie bez wiedzy i pojęcia po co tam właściwie są.

Niż niżem, ale elita przecież i tak stanowi tylko kilka procent społeczeństwa, więc nie ma co na siłę "wykształcać" każdego obywatela. Nie wszyscy muszą, a nawet nie powinni mieć tytułów magistrów (nie mówiąc już o doktorach czy profesorach) tak, jak nie wszyscy z tytułami magistrów i doktorów zostaną naukowcami, czy akademikami.

Uczelnia, tak jak i wszystkie niższe szczeble, powinna przyjmować a już na pewno wypuszczać ze swoich ław ludzi myślących i mądrzejszych o wiedzę oraz doświadczenie nabyte w czasie studiów. No, ale można i takim sposobem zdobywać dyplom, jak miłościwie panujący nam (p)rezydęt  - w osiem dni i przy pomocy teścia z SB. Nie dziwota, że potem ma się problemy z roztrzygnięciem czy Konstytucja 3 Maja była "drugą na kontynencie europejskim konstytucją nowoczesną" czy pierwszą w  Europie, a drugą na świecie (nie mówiąc  już o podstawowych brakach w savoir vivre i ortografii).
Pozdrawiam.Ursa Minor
chryzopraz's picture

chryzopraz
Pozwolisz, że zostanę przy swoim zdaniu.

To jest właśnie kwestia płatnych studiów. Jeśli ktoś nie wie, co zrobić z pieniędzmi, niech sobie studiuje do woli. I to jest O.K., mimo że korzyści niewiele.

Jeśli ktoś nie wie, co zrobić ze sobą - zapisuje się na studia, bo go to nic nie kosztuje, a jakoś można parę lat przepękać. I to jest chore i zgniłe.

Naturalnie nie generalizuję, bo są tacy studenci, którzy nigdy nie otrzymaliby dyplomu, gdyby musieli opłacać czesne. (Kłania się brak systemu stypendialnego). 

Sama popierasz moją tezę - pozwól, że zacytuję: nie ma co na siłę "wykształcać" każdego obywatela. Nie wszyscy muszą, a nawet nie powinni mieć tytułów magistrów [...] Piszesz o tzw. selekcji negatywnej, choć nie używasz tego określenia.

To właśnie nieodpłatność studiów (propozycja nawet drugiego i kolejnych kierunków!) powoduje byle jaki poziom kształcenia, bo przychodzi, przepraszam za słowo, byle jaki student, nieumiejący się uczyć, z niskimi horyzontami itd. O tym przecież mówi ta notatka w niezależna.pl i mój przykład z uniwersytetem, który nie urządza egzaminów wstępnych z obawy przed utratą zajęć dydaktycznych.

Trzeba zmiany konstytucji i odważnych do wprowadzenia tych zmian. To, czy i kiedy "zdarzy się" nam tzw. większość konstytucyjna w sejmie, to insza inszość.

Pozdrawiam

 

Szary Kot's picture

Szary Kot
Nie zgodzę się z prostym przełożeniem, że bezpłatne studia to niski poziom nauczania, a płatne zapewniają, że on wzrasta.
W Polsce jest dokładnie odwrotnie. Wiele zależy od rekrutacji. W większości na bezpłatne studia rekrutowani są najlepsi z kandydatów w danym roczniku, a dopiero, gdy ktoś nie dostanie się na bezpłatne studia, idzie na płatne - zaoczne albo na prywatnej uczelni. Najbardziej zaniżają poziom właśnie te prywatne, istniejące w nadmiarze uczelnie, które dla zysku, przepchną każdego, kto płaci.
Oczywiście uczelnie państwowe, zapewniajace sztudia bezpłatne też nie są bez grzechu. Również starają się  utrzymać jak najwięcej studentów, bo za tym idą dotacje z budżetu państwa. I tu właśnie kłania się rezygnacja z matury z historii.
Problem niskiego poziomu poskiej edukacji tkwi w systematycznym jej psuciu, począwszy od szkoły podstawowej. Niedawno zostały ogłoszone wyniki matur. 30% nie zdało matury na beznadziejnie niskim poziomie. Uczelnie wyższe raczej nie miały swojego udziału w tej porażce.. Dostają tak słabo przygotowanych kandydatów i coś muszą z nimi zrobić.
Osobna sprawa, to jakaś dziwna moda i presja społeczna, aby wszyscy studiowali. Przy okazji jest to bardzo wygodne dla władz, bo w ten sposób zmniejszają oficjalny poziom bezrobocia. Gdy ja studiowałam, wyższe wykształcenie miało ok. 10% społeczeństwa, a egzaminy wstępne to była ostra slelekcja. Nie sądzę, aby obecnie potrzeba było więcej osób z wyższym wykształceniem.

Drogą do naprawy poziomu nauczania jest zamiana ilości w jakość. Jeśli będa stawiane wysokie wymagania, słabsi, mniej pracowici i uzdolnieni odpadną. Selekcja jednak musi dotyczyć i  studentów, i szkół wyższych. Jest w tym niestety jeden słaby punkt - gdzie będą chałturzyć wszyscy znajomi królika??? Może właśnie w nadprodukcji kiepskich nauczycieli akademickich tkwi problem słabego poziomu nauczania???

Myślę też, że w Polsce, z uwagi na niską zamożność ludzi, jeszcze długo nie będzie mógł zostać wprowadzony pełnopłatny system szkolnictwa wyższego.
 

"Miejcie odwagę... nie tę tchnącą szałem, która na oślep leci bez oręża,
Lecz tę, co sama niezdobytym wałem przeciwne losy stałością zwycięża."
ro's picture

ro
Zgadzam się z Twoją opinią (choć nie neguję racji Chryzopraz).
Z jednym wszak małym zastrzeżeniem: uczelnie już odpowiadają za przygotowanie tegorocznych maturzystów, począwszy od pierwszej klasy szkoły elementarnej!

Tak, tak, tempus fugit:  w ostatnim czasie dorosło do "matur" pokolenie, które miało szansę być od początku prowadzone przez kadry wychowywane nie tylko przez "Gazetę Wyborczą", ale nawet przez postępową już Almam Matrem.

 
Szary Kot's picture

Szary Kot
przy załozeniu, że w szkołach nauczają absolwenci tych uczelni to tak, mają wpływ. A jak jeszcze dodasz negatywną selekcję do zawodu nauczyciela....Lepiej uciekać. Aż dziw, że moje dziecko przez to przeszło. Nie bez przykrości, ale na szczęście ma to za sobą ;)
Jednak psucie edukacji to są przede wszystkim odgórne, rządowe przepisy, zarządzenia.... i cała masa wyprodukowanych naprędce przez ministerki - idiotki pomysłów.
 

"Miejcie odwagę... nie tę tchnącą szałem, która na oślep leci bez oręża,
Lecz tę, co sama niezdobytym wałem przeciwne losy stałością zwycięża."
chryzopraz's picture

chryzopraz
bo napisałam całą długą odpowiedź, nagle potrąciłam jakiś klawisz i wszystko poleciało w kosmos! Spróbowałam odtworzyć.
 
Nie zgodzę się z prostym przełożeniem, że bezpłatne studia to niski poziom nauczania, a płatne zapewniają, że on wzrasta.
 
Pisząc o niskim poziomie studiów miałam na myśli tylko szkoły publiczne, bo tylko o nich mówi konstytucja, prawda? Naturalnie masz rację mówiąc, że wszędzie znajdą się młodzi ludzie, którzy powiedzą – płacę i wymagam, oraz naukowcy, którzy widzą tylko kryterium finansowe swojej pracy. Czy tak jest w każdej prywatnej uczelni, nie wiem.
 
Jest coś bardzo przygnębiającego w tym, że uczelnie publiczne tak łatwo zrezygnowały z przyzwoitego poziomu kształcenia i wiem, że dzieje się tak, między innymi dlatego, że państwo trzyma łapę na kasie i tym szantażuje wydziały i całe szkoły. Ale wykładowcy sami też się do tego przykładają – „muszą” przyjąć określoną ilość studentów, żeby wypracować swoje pensum godzin, na które składa się dydaktyka + „czysta” nauka. Inaczej zwolnienie. Studenci są też „potrzebni” do statusu uczelni, jeśli będzie ich za mało, to szkoła może np. stracić prawo nadawania stopni naukowych (habilitacji). Dlatego przyjmuje się bez egz. wstępnych słabych studentów, przepychaja ich z semestru na semestr i mizernych magistrów wypuszcza. Wiem to od samych zainteresowanych, którzy, niestety, o swych motywach mówią już całkiem głośno. Jednocześnie zdają sobie sprawę ze swej bezradności, co w rezultacie czyni ich ludźmi sfrustrowanymi i zniechęconymi, bo nie wszyscy są zdemoralizowani i bezwstydni.
 
Piszesz: Gdy ja studiowałam, wyższe wykształcenie miało ok. 10% społeczeństwa, a egzaminy wstępne to była ostra slelekcja. Nie sądzę, aby obecnie potrzeba było więcej osób z wyższym wykształceniem. Więc uzgodnijmy – albo nie potrzeba większej ilości wykształconych (dlaczego?), albo przyjmuje się wielu, w tym słabych, bo trzeba z nimi coś zrobić?
 
Że szkolnictwo jest psute od dawna i od podstawówki, o tym wiem z doświadczenia.
 
Jeśli chodzi o tę jakąś „modę”, o której piszesz, to odpowiem Ci tak – gdzież ją łatwiej realizować, jak nie na takiej właśnie (zdemoralizowanej – nie bójmy się tego określenia) państwowej i bezpłatnej uczelni, gdzie nie trzeba wiele umieć, żeby zostać mgr na przykład dwóch kierunków? Ta moda jest częściowo nakręcana przez uczelnie, które potrzebują studentów.
 
Masz bezwzglednie rację pisząc, że poprawa nastąpi, jeśli ilość przejdzie w jakość. Ale jak widzisz, jest to błędne koło i bez zmiany systemu ono nie przestanie się kręcić.
 
Nie rozumiem Twojego sformułowania o nadprodukcji kiepskich nauczycieli akademickich. Czy teraz istnieją jakieś szkoły przygotowujące nauczycieli akademickich? Wyjechałam z kraju dość dawno, wówczas propozycję etatu na uczelni otrzymywał wybitny absolwent i nie od razu taki świeżo upieczony magister mógł prowadzić zajęcia. Regułą było, że wykład kierunkowy prowadził profesor, a w ostateczności doktor z habilitacją. Wiem, że teraz jest inaczej, co także ma wpływ na słaby poziom, ale o „nadprodukcji” słyszę po raz pierwszy.
 
Piszesz o niezamożnym społeczeństwie, którego nie stać na odpłatne kształcenie swych dzieci. Tu widzę dwie rzeczy, mogące dać poprawę: zmiana systemu podatków i wprowadzenie uczciwego, przemyślanego systemu stypendialnego i sponsoringu. O stypendiach nic nie wiem, ale nie spodziewam się, żeby było wiele lepiej niż wtedy, kiedy mój syn na UW otrzymał miesięcznie jako stypendium równowartość paczki „lepszych” papierosów. Kiedyś były stypendia fundowane, nawet Mickiewicz z takiego korzystał i odpracowywał je w szkole w Kownie. A dziś? Nie ma pracodawcy, nie ma kto fundować.
 
I teraz nastąpi fragment, za który zawsze zbieram cięgi. Tu, gdzie mieszkam, część podatku odprowadzam do hrabstwa, część do stanu, część dla państwa. Podatek lokalny zostaje w hrabstwie, jest przeznaczany na szkoły, drogi, policję itd. Kiedy pierwszy raz byłam w publicznej szkole i zobaczyłam jak jest wyposażona, to oczy wyszły mi z orbit ze zdumienia, a całą drogę powrotną do domu przeryczałam z zazdrości i ze złości, że tu może być, a w moim kraju nie.
 
Nie twierdzę, że należy natychmiast wprowadzać obce wzory. Ale chyba warto choćby zastanowić się, dlaczego jakaś część podatku nie trafia do do gimnazjum na Twojej ulicy, tylko idzie na ośmiorniczki.
 
Pozdrawiam Cię z życzeniami, aby jak najszybciej ujawnili się mądrzy i odważni ludzie, mający siłę do naprawy Rzeczypospolitej. Bo zmiany są konieczne, a będą bolesne.

 

Więcej notek tego samego Autora:

=>>