Rady jako przechowalnie

 |  Written by Krzysztof Karnkowski  |  0
Posada w radzie nadzorczej spółki Skarbu Państwa to praca marzeń: nawet, jeśli nie tak wielki, jak w najgłośniejszych przypadkach, to zawsze pewny zarobek,  za którym na ogół nie idzie ani ciężka praca, ani odpowiedzialność. A że dysponentem tych atrakcyjnych stanowisk jest Ministerstwo Skarbu Państwa, często trafiają one do zasłużonych kolegów, polityków, których lepiej na chwilę ukryć przed wzrokiem opinii publicznej lub dla tych, dla których chwilowo nie ma nic lepszego do roboty. Członkowie rad wyłaniani są w konkursach, ale MSP może kierować do nich swoich pracowników z pominięciem tej procedury. Przechowalnia na gorsze czasy, nagroda za dobrą służbę, koleżeńska samopomoc… Korupcjogenny i sprzyjający patologii system zauważają badający temat naukowcy, ba – unikając najgłośniejszych nazwisk i nazw partii politycznych – potrafią zająć się nim nawet dziennikarze z głównego nurtu. Na dalszych stronach swoich gazet, tych poświęconych prawu i ekonomii. A przecież oprócz rad nadzorczych są jeszcze zarządy, prezesi, rzecznicy prasowi – jest w czym wybierać.

Na pierwsze strony gazet władzy mniej przychylnych temat powraca dość regularnie, gdy stanowisko w radzie nadzorczej lub zarządzie którejś ze spółek z udziałem Skarbu Państwa trafia do kogoś z bardziej znanym nazwiskiem. W 2001 roku ówczesny minister Wiesław Kaczmarek, nominując na prezesa Polskich Sieci Elektroenergetycznych Stanisława Dobrzańskiego, polityka PSL, zapisał się na trwałe w języku polskiej polityki. „Staszek chciał sprawdzić się w biznesie” – tłumaczył swoją decyzję dziennikarzom. Zdanie to wraca do nas od tamtej pory bardzo często, zmienia się tylko imię. Kazimierz, Aleksander, Tomasz, ostatnio zaś przede wszystkim – Igor.

Gdy Kazimierz Marcinkiewicz wypadał już, po przegranej w stolicy, z polityki bieżącej, a nie zdecydował się jeszcze na pracę za granicą, przymierzał się do funkcji prezesa PKO BP. Choć dziś trudno w to uwierzyć, wcześniej, lecz już za rządów Prawa i Sprawiedliwości szefem Rady Nadzorczej PLL LOT został, wówczas jeszcze nie kojarzony jednoznacznie z PO, Władysław Bartoszewski. W 2014 roku wiceprezesem państwowej spółki telekomunikacyjnej Exatel został jego syn, Władysław Teofil Bartoszewski. Szefem tej firmy jest Marcin Jabłoński, działacz Platformy, będący wcześniej wiceministrem spraw wewnętrznych. Korzystający z każdej okazji do wyrażenia poparcia dla władzy krakowski ksiądz Kazimierz Sowa został sekretarzem rady nadzorczej miejscowej Krakchemii. Śledzące każdą, choćby najmniejszą, dwuznaczność związaną z ludźmi kościoła, media tym razem zachowały się nad wyraz powściągliwie. Lista przykładów stanowisk przyznanych jako domniemanych nagród na tych przypadkach się oczywiście nie kończy. Jest to jeden z typowych raczej dla organizmów autorytarnych mechanizmów korupcyjnych, bliski choćby sponsorowaniu mediów za pomocą reklam czy dobrze płatnych zleceń dla dziennikarzy czy gwiazd. Sama polityka rzucania się na państwowe, lecz nie polityczne z definicji posady, typowa jest raczej dla władzy funkcjonującej raczej według autorytarnego, niż demokratycznego wzorca zachowań.

Aleksander Grad, minister skarbu państwa w pierwszym rządzie Tuska, przetrwał aferę stoczniową, związaną ze słynnym „katarskim inwestorem” i choć spełnił zapowiedziane przez premiera warunki swojej dymisji, pozostał na stanowisku do końca kadencji. Po wyborach nie wszedł jednak w skład rządu. Przez kilka miesięcy był szeregowym posłem, jednak jego dalsza kariera to idealna ilustracja dla tego tekstu. W lipcu 2012 został powołany na prezesa zarządów spółek PGE Energia Jądrowa i PGE EJ 1, wchodzących w skład Polskiej Grupy Energetycznej i mających zajmować się budową polskiej elektrowni atomowej. W lutym tego roku przeszedł do innej państwowej spółki, zajmującej się energetyką, Tauronu. Przez krótki czas był wiceszefem jej zarządu, by ostatecznie zadowolić się mniej eksponowanym stanowiskiem wiceprezesa ds. korporacji. Przypadek Grada często przywoływano w ostatnich dniach, gdy wyglądało na to, że jego drogę powtórzy o wiele ważniejszy współpracownik Donalda Tuska, Igor Ostachowicz. Ostachowicz, specjalista do spraw wizerunku, uchodzący za prawą rękę i twórcę polityki Tuska nie wybierał się z premierem do Brukseli, nie znalazł się również w gronie współpracowników Ewy Kopacz. Wydawało się, że miejsce dla niego znajdzie się zarządzie PKN Orlen. Nominacja spotkała się jednak z wyjątkowo silną krytyką medialną, co doprowadziło do rezygnacji polityka z funkcji. Równolegle z potężnej odprawy z PKP zrezygnowała nowa minister infrastruktury i rozwoju Maria Wasiak, całość zaś sprowokowała komentarze, że mieliśmy do czynienia z ustawką, mającą ocieplić wizerunek premier Kopacz i przedstawić ją jako osobę zdolną ukrócić finansowe rozpasanie współpracowników. To zresztą troską o odbiór Ewy Kopacz – nie względami etycznymi – rezygnację z pieniędzy tłumaczyła Wasiak. W przypadku Ostachowicza sprawa może mieć jednak inne dno. Nowa premier wielokrotnie w swej karierze zmieniała swoich politycznych patronów. I choć przy Donaldzie Tusku wytrwała wyjątkowo, jak na siebie, długo, ostatnio coraz częściej zdaje się grać w drużynie prezydenckiej. Potraktowanie „z buta” bliskiego współpracownika swojego poprzednika może być jedną z oznak tej zmiany przynależności frakcyjnej byłej marszałek sejmu.

Trzeba postawić sobie pytanie, co z zagospodarowania przyjaciół bądź polityków chwilowo odstawionych na boczny tor, ma strona dysponująca dobrami, czyli partia. Od lat mówi się, choć jest to wiedza nieoficjalna, o tym, że nawet drobni nominaci w rodzaju pracowników samorządowych niskiego szczebla muszą część swoich dochodów przekazywać do funduszu partyjnego jako „dobrowolne darowizny”. Czy kogoś zdziwiłoby, gdyby okazało się, że w przypadku o wiele intratniejszych kontraktów w grę wchodzą potężniejsze sumy?

Zjawisko transferów na linii polityka-biznes nie jest nowe, nie jest też polskim wynalazkiem. Gdy po odejściu ze stanowiska były kanclerz Niemiec Gerhard Schröder został szefem Rady Dyrektorów rosyjsko-niemieckiego konsorcjum budującego dla Gazpromu Gazociąg Północny, o korupcji i konflikcie interesów rozprawiano na całym świecie, jednak nie przyniosło to ani zmiany, ani refleksji. Gdzież do Schrödera i idących za jego nominacją dylematów naszym kadrowym rotacjom, nawet tym, w których dawni politycy lądują już nie na posadach państwowych, a u zaprzyjaźnionych i zblatowanych z władzą biznesmenów.  Takie ruchy, zwłaszcza, jeśli następują szybko lub natychmiast po odejściu ze stanowiska politycznego zawsze prowokują pytania, dla kogo naprawdę pracował polityk w czasach, gdy oficjalnie pozostawał jeszcze na państwowej pensji. Migracje na stanowiska w spółkach Skarbu Państwa to druga strona tego samego medalu. Nominacje mają charakter urzędniczo-polityczny, zaś późniejsze decyzje nominatów z reguły kierują się również politycznymi przesłankami. Jak działa to w praktyce, zobaczyć (choć może nie jest to najodpowiedniejsze w tym kontekście słowo) mogliśmy, gdy kolejni wielcy państwowi gracze wycofywali się ze współpracy przy Mistrzostwach Świata w siatkówce. Nie z przyczyn biznesowych, które nakazywałyby raczej maksymalizację udziału w przedsięwzięciu, będącym wspaniałą okazją do autopromocji, a wyłącznie na życzenie premiera, by wpisać się w logikę wewnątrzpartyjnego konfliktu Tuska ze Schetyną, zaprzyjaźnionym z głównym, prywatnym organizatorem.

Tekst opublikowany we wczorajszym wydaniu Gazety Polskiej Codziennie
 


img. http://www.wiazownica.com
5
5 (3)

Więcej notek tego samego Autora:

=>>