Indywidualne zapędy odrzucił na rzecz pracy dla drużyny, dzięki czemu na koncie ma już asystę przy zwycięskim golu z Irlandią Północną, fenomenalny mecz przeciwko Niemcom, gdy wcielił się w rolę „defensywnego skrzydłowego" oraz wyciągnięcie za uszy wyniku w rozjeżdżającym się nam meczu z Ukrainą.
Teraz wydaje się to śmieszne, ale czy ktokolwiek pamięta jeszcze, że kilka miesięcy temu trwała w Polsce dyskusja, czy Błaszczykowski powinien w ogóle znaleźć się w kadrze na Euro? W drużynie narodowej z wielu różnych powodów - przewlekłej kontuzji, straty pozycji w klubie, przymusowego zesłania na włoską banicję, później problemy z grą we Florencji - jego rola w porównaniu do lat minionych diametralnie zmalała. Dlatego właśnie był to bardzo specyficzny Kuba w kadrze w ostatnich miesiącach. Gdy przyjeżdżał na zgrupowania, od kamer stronił, ze świecznika uciekał, miejsca ustępował innym, przemykał jedynie za ich plecami, zamknął się przed zewnętrznym światem, pracował i czekał na rozwój wydarzeń. Nie krył także rozczarowania decyzją Adama Nawałki (co wyraził w autoryzowanej biografii), który odebrał mu kapitańską opaskę.
Na kadrę się jednak nie obrażał, gdy tylko dostawał zaproszenia, przyjeżdżał bez zająknięcia. Wielu z was powie zapewne, że to nic nadzwyczajnego, wypada więc przypomnieć (informował o tym choćby Paweł Wilkowicz ze Sport.pl), że we Florencji powiedziano Kubie wprost, żeby na kadrę nie jechał, żeby został i popracował nad formą we Włoszech. Błaszczykowski nie chciał nawet o tym słyszeć, przyleciał do ojczyzny, a do Fiorentiny kilka dni później wrócił z kontuzją. Kto wie, czy to nie wtedy skręcił kark swojej florenckiej przygodzie.
Wszelkie wątpliwości co do swojej obecności w kadrze na Euro rozwiał - może nie u selekcjonera Nawałki, ale u kibiców - dopiero pod koniec marca, gdy zaliczył fantastyczny mecz przeciwko Serbii. Dał z wątroby, kolejny raz udowodnił, że on i kadra to połączenie naturalne i jego rozrywanie byłoby jak strzał w kolano. Błaszczykowski na Euro pojechał, choć o sezonie w klubie chciał jak najszybciej zapomnieć.
Znamienny to obrazek, gdy gwiazdka Serie A (bo jak inaczej nazwać chłopaka wybranego do jej najlepszej jedenastki sezonu?) ugotowana na twardo nie wychodzi już z szatni na drugą połowę, a zastępuje ją chłop po przejściach, naznaczony bliznami poprzednich miesięcy i robi to, czego wszyscy od niego oczekują - wygrywa Polakom mecz na Euro. Jakub Błaszczykowski, bohater biało-czerwonych, to jak na razie najlepszy piłkarz zespołu Adama Nawałki na mistrzostwach Europy.
To jest w końcu jego turniej, czekał na to całą dekadę. Na mundial do Niemiec nie pojechał przez uraz, podobna tragedia przytrafiła mu się przed Euro w 2008 roku. Szansę występu dostał w 2012 roku, ale tam - mimo pięknego gola w meczu z Rosją - zadbał o to, żeby zapamiętano go z rozkręcenia afery biletowej. W końcu dożył chwili, w której ciągnie narodowy zespół w stronę świetnego wyniku.
- Dziękuję panowie, dziękuję, wybaczcie, zrozumcie - przed chwilą rozmawiałem z każdą możliwą telewizją, wybaczcie - mówił przedzierając się przez mixed zone po meczu z Ukrainą, odmawiając rozmów w ostatniej części strefy rozmów z reporterami, w której czekali na niego przedstawiciele mediów pisanych. Przemknął w okamgnieniu, z delikatnym uśmiechem pod nosem, jakby chciał wszystkim tam zgromadzonym przekazać - to ja wam wszystkim kolejny raz pokazałem!
http://pilkanozna.pl/index.php/Wywiady-i-publicystyka/Kapusta-Czechowicz...
