Rozstrzelać w trybie specjalnym

 |  Written by Ursa Minor  |  1

Głęboki rów, w nim trupy w polskich mundurach – warstwa na warstwie. Nieopodal drugi, częściowo zasypany ziemią. Taki widok ukazał się na przełomie kwietnia i maja 1940 roku oczom Edwarda Koźlińskiego, polskiego ziemianina aresztowanego w lutym przez sowiecki wywiad wojskowy GRU.

Przywieziony do małego lasku między Gniezdowem a przysiółkiem Katyń, nazywanego przez miejscowych Kozie Góry, miał wskazać miejsce ukrycia kasy oddziału białych Rosjan, zakopanej tam jeszcze w 1919 roku – a znalazł się w samym środku tajnej operacji, o której rozmiarach wiedzieli wówczas tylko jej rozkazodawcy i organizatorzy. Od 3 kwietnia do 11 maja dokonywał się tam, na zamkniętym terenie NKWD, mord polskich jeńców wojennych.

„Złoty skarb” białych

Informacje o „złotym skarbie” bolszewicki wywiad zdobył w latach 20. XX wieku i ustalił, że jednym ze znających szczegóły jego historii jest Polak Edward Koźliński, syn ostatniego właściciela klucza folwarków na Smoleńszczyźnie, w tym Gniezdowa. Po wojnie polsko-bolszewickiej i traktacie ryskim, wytyczającym w 1921 roku wschodnią granicę II Rzeczypospolitej, majątek ten pozostał na ziemi, którą po latach Józef Czapski nazwie „nieludzką”.

Służby rozpoczęły polowanie na ludzi wtajemniczonych w sprawę złota. Ich ofiarą padł Edward Koźliński. Katowany zgodził się zdradzić kryjówkę, by ratować życie. Dlatego właśnie razem z dwoma funkcjonariuszami GRU znalazł się w miejscu, które z czasem okryło się ponurą sławą jako Las Katyński.

Ujrzawszy rozkopane doły z ciałami, funkcjonariusze GRU wycofali się, a więźnia – pierwszego polskiego świadka masakry – zamknęli w areszcie na stacji w Gniezdowie, tłumacząc, że widział ofiary jakiejś zarazy.

Tę, zdawało by się, nieprawdopodobną historię kapitan Zbigniew Melanowski, szef Oddziału I Sztabu Komendy Okręgu Polesie ZWZ/AK, zawarł w swojej relacji spisanej przez Stanisława Piwowarskiego w 1975 roku i opublikowanej w książce Doroty Strojnowskiej i Konstantego Klocka „Bracia Hniłkowie”.

Myliłby się ten, kto sądziłby, że Sowieci szukali Koźlińskiego tylko z powodu carskich złotych rubli. Zastawiali na niego sidła od lat, bo dał im się we znaki. Po wojnie bolszewicko-polskiej, kiedy rodzinne dobra znalazły się na terytorium ZSRS, zajął się prowadzeniem majątku żony, Czarnowszczyzny, pod Lidą. Ale wiódł też drugie życie: jako „Edward Dnieprowski”, współpracownik „dwójki” – Oddziału II Sztabu Głównego, często przechodził na sowiecką stronę, by zbierać tam informacje. Dawny oficer carskiej armii, potem dowborczyk i wreszcie żołnierz kontrrewolucyjnego oddziału białych miał potrzebne do pracy wywiadowczej doświadczenie, a tereny pograniczne znał doskonale. Po agresji Sowietów 17 września 1939 roku zaczął organizować na Smoleńszczyźnie strukturę dywersyjną. I wtedy wpadł.

Katyński wyrok

Los około 22 tysięcy Polaków został przesądzony dwa miesiące przed pojawieniem się Koźlińskiego w Katyniu. 74 lata temu, 5 marca 1940 roku, Stalin z grupą towarzyszy doświadczonych w likwidowaniu „wrogów komunizmu” kazał wymordować oficerów przetrzymywanych w obozach: kozielskim, starobielskim i ostaszkowskim, a także cywilów i wojskowych zamkniętych w więzieniach na okupowanych Kresach.

Dopiero na początku lat 90. Sowiety, a potem Rosja, ujawniły część akt, w tym kluczowy wniosek znanego z sadyzmu szefa NKWD, Ławrientija Berii, skierowany do Stalina z propozycją rozstrzelania polskich jeńców i więźniów.

Na ponurą ironię zakrawa fakt, że to posunięcie wpisywało się w politykę kreowania przez Moskwę jej „liberalnego” oblicza na użytek Zachodu. Rosjanie dali nam dokładnie tyle, ile chcieli – ani papierka więcej, do dziś stosują metodę swego rodzaju reglamentacji dostępu do dokumentów.

Na piśmie Berii z 5 marca 1940 roku widnieje zamaszysty podpis Stalina i czterech członków grona decyzyjnego WKP(b): Woroszyłowa – komisarza obrony, Mołotowa – komisarza spraw zagranicznych, i Mikojana – zastępcy przewodniczącego Rady Komisarzy Ludowych, oraz notka: „Kalinin – za, Kaganowicz – za”. Kalinin był przewodniczącym Rady Komisarzy, a Kaganowicz jednym z jego zastępców.

Była to zatem decyzja najwyższych władz państwowych: obok Stalina oraz wnioskodawcy figurują na niej nazwiska premiera, dwóch wicepremierów i dwóch ministrów.

Przez lata sądzono, że nie ma pisemnego polecenia mordu. Nie spodziewano się, by Sowieci zostawiali dowody – powszechne było przeświadczenie, że w przeciwieństwie do Niemców, którzy dokumentowali swoje zbrodnie, bolszewicy załatwiali sprawy bez zbędnych formalności. Wydawało się też, że jesienią 1939 roku nikt nie ogarniał aresztowań i wywózek – chaotycznych z pozoru, jak dziś wiemy. Polaków wziętych do niewoli przerzucano przecież z miejsca na miejsce, zaś więźniów na Kresach włączonych do ZSRS wywożono w nieznane. Tropy rwały się często, a informacje bywały sprzeczne, w czym bez wątpienia miała udział komunistyczna dezinformacja.

„Nie rokują poprawy”

(...)

http://www.naszdziennik.pl/mysl/70181,rozstrzelac-w-trybie-specjalnym.html

5
5 (1)

1 Comments

Obrazek użytkownika Tomasz A S

Tomasz A S
Na cześć tego właśnie Michaiła Kalinina przemianowano
(już na drugi dzień po jego śmierci)
4 czerwca 1946 Królewiec na Kaliningrad.
I w Polsce nadal czcimy pamięć tego zbrodniarza używając chociażby nazw ulic biegnących w kierunku tego miasta ulica Kaliningradzka np w miejscowości Górowo Iławieckie.
W Olsztynie na szczęście zmieniono na ul. Dworcową
 

Więcej notek tego samego Autora:

=>>