Łatwiej rzucić palenie, albo O dwóch panach Grabowskich

 |  Written by Krzysztof Karnkowski  |  0
Jest kilku takich artystów, których bardzo kiedyś lubiłem, a potem lubić przestałem do tego stopnia, że nawet ich starsze dokonania zaczęły mnie odrzucać. Najciekawsze, że na pierwszą myśl przychodzi mi dwóch gości o tym samym nazwisku, lecz różnej, mimo wszystko, drodze artystycznej – Krzysztof Grabowski, perkusista Dezertera, odpowiedzialny również za teksty zespołu i Krzysztof Grabowski, wokalista i autor tekstów Pidżamy Porno i Strachów na Lachy. Dziś zajmę się tym drugim, jednak zanim to zrobię wyjaśnię, czemu i pierwszy stracił moją sympatię. Oto facet, na którego muzyce i tekstach się wychowałem i który w wielu sprawach potrafił być rozsądny i wychodzić poza schematy myślowe typowe dla anarchizującej części sceny muzycznej. Gdzieś tak w czasach „straszliwej pisowskiej nocy” zespół wrócił do telewizji, zaczął grywać na większych miejskich imprezach, a nawet – i tu pojawił się pierwszy zgrzyt – wystąpił na dużym telewizyjnym koncercie z okazji rocznicy Sierpnia czy czegoś takiego (nie mówię tu o późniejszym występie z okazji kolejnej rocznicy 4 czerwca, ten koncert musiał być niedługo po „Pomarańczowej rewolucji” na Ukrainie, bo wystąpili na nim też muzycy z tego kraju) z gwiazdami sceny, przeciwko którym wcześniej wyśpiewywał swoją „40. Letnią młodzież”. Choć lubiłem Dezertera i lubiłem „Mury”, muzycy tego zespołu, śpiewający w chórze z gwiazdami estrady dla telewizji stanowili dla mnie dziwny obrazek. Potem zaczęły się dość specyficzne antypisowskie jazdy Grabowskiego, piszącego felietony w „Teraz Rocku”, które dało się streścić słowami „PiS ma dobry program, ale Kaczyński jest brzydki i źle wypada w mediach”. Było to zaskakujące i dość naiwne, a czasem stało się na wkurzające. Potem znalazłem jego bloga, gdzie było jeszcze gorzej. W końcu, gdy akurat byłem po przesłuchaniu jednego z lepszych antymyśliwskich kawałków w historii polskiego punka („Polowanie”), przeczytałem, że Grabowski sympatyzuje (ok, za duże słowo, jak rozumieć jednak zdanie z bloga – że do wyborów prezydenckich przez chwilę podchodził emocjonalnie, w kontekście wpisów takich, jak ten?) z Komorowskim, bo przerażają go ludzie z Krakowskiego Przedmieścia , dałem sobie spokój. Potem docierały do mnie jeszcze pochwały rządu i nowa twórczość, w której oczywiście wątku złego, choć z nazwy łaskawie niewymienionego, PiS-u nie zabrakło („narodowi katolicy/szukają wszędzie spisku/i modlą się o klęskę/żeby ich było na wierzchu”). Ostatnio z kilku rozmów dowiedziałem się również o kilku gwiazdorskich zachowaniach kapeli, które przystoją może gwiazdom rocka, ale starym punkowcom już niekoniecznie. Cóż. Nie na darmo Grabowski napisał kiedyś „Jesteśmy tacy sami…” I tym można zamknąć temat pierwszego z Krzysztofów Grabowskich.

Drugiego przestałem cenić sobie w czasach, gdy polityka nie była jeszcze dla mnie tak istotna, a muzyka była jeszcze najważniejsza. W 1994 roku po raz pierwszy wyrwałem się z przyjaciółmi na festiwal w Węgorzewie jako rozgrzewkę przed swoim pierwszym i ostatnim Jarocinem. Dziesięć lat później w okrojonych do dwóch składzie wyskoczyliśmy z kumplem przypomnieć sobie stare czasy i porównać, jak przez 10 lat wszystko się zmieniło. W 2004 roku jedną z kapel, które chciałem zobaczyć była Pidżama Porno. I zobaczyłem – wokalistę, którego kompletnie nie obchodzi to, ze ludzie tracą przytomność przyciśnięci do zbyt daleko od sceny ustawionych barierek (więcej empatii wobec słuchaczy od artysty z Pidżamy Porno miała nawet ówczesna wokalistka zespołu łzy, który grał dzień wcześniej) i który robił wszystko, by nie widzieć, jak tuż przed jego oczami ochrona katuje ludzi. Raz na zawsze straciłem ochotę na kontakt z twórczością Grabowskiego. Szczęśliwie zaraz potem skupił się na projektach, które również z przyczyn muzycznych niewiele mnie obchodziły, wiec wiele nie straciłem.

Trafiały do mnie oczywiście wywiady i wzmianki o polityce, zgodne z głównym nurtem wypowiedzi środowiska artystycznego, potem jakąś leciutką krytykę i kawałek o tym, że artysta żyje w kraju, w którym wszyscy chcą go zrobić w chuja na jego kasę, a do tego są w nim jeszcze internauci, lustratorzy i księża (zgroza!). Potem jakieś płacze o internetowych hejterach i fanach ściągania muzyki za darmo. O polityce potrafił mówić ostro, ale czy kumato? Warto przypomnieć fragment wywiadu z wiosny 2010 roku.

(…)Czy wybory w 2005 roku, rządy Prawa i Sprawiedliwości i idea IV Rzeczypospolitej mogą być nazywane buntem?
To nie była rewolucja, tylko socjotechnika, umiejętność czytania rzeczywistości politycznej, której Jarosławowi Kaczyńskiemu nie mogę odmówić. Było to wyrachowane, cyniczne i obudowane politycznym marketingiem. Przy pomocy propagandy udało się wtłoczyć Polakom kilka wymyślonych haseł. To był skrajny populizm. Ja jestem związany z III Rzeczpospolitą, dzięki niej w 1989 roku poczułem, że żyję we własnym kraju. Natomiast po 2005 roku, po wyborach, przez dwa lata się czułem jakbym żył innym kraju.
W takim razie po wyborach w 2007 roku czuł się pan jak po udanym powstaniu?
Oczywiście! Pamiętam, to był 21 października. Wysłałem wtedy dwa i pół tysiąca SMS-ów - wiem, bo przyszedł do mnie później biling (śmiech). Wtedy wszyscy się mobilizowali. Znałem wiele osób, które zawsze głosowały na lewicę, ale w tym momencie postanowili głosować na partię, która mogła powstrzymać szaleństwo IV Rzeczypospolitej.
Jakie były objawy tego szaleństwa?
W Polsce wypłynęły osoby, który nigdy nie były pierwszoplanowymi postaciami opozycji demokratycznej. Osoby siedemnastego i osiemnastego planu wystąpiły nagle przeciwko bohaterom - Jackowi Kuroniowi, Adamowi Michnikowi, Karolowi Modzelewskiemu, Władysławowi Frasyniukowi i wielu innym wybitnym postaciom. Nie pamiętało się o Komandosach z 1968 roku i robotnikach z lat 80. Tym szaleństwem była próba nachalnego naginania naszej historii, naszej tożsamości, samozawłaszczenie polskości. Dla mnie diagnoza całej IV Rzeczypospolitej była przejrzysta: zmierzaliśmy prostą drogą do państwa quasi-dyktatorskiego, w którym władza ma myśleć za ciebie - gdzie masz pracować, kogo cenić, z kim się przyjaźnić, co jest czarne, a co jest białe. Zapowiadano rewolucję moralna, a później brano do rządu Andrzeja Leppera, więc pytam - gdzie, kurwa, była ta ich moralność?
Atakowanie Lecha Wałęsy, Adama Michnika, Tadeusza Mazowieckiego i Jacka Kuronia nie zaczęło się jednak w 2005 roku. Może to nie jest tylko wina polityków, ale również całego społeczeństwa?
Mnie dziwi, że te postacie nie mają jeszcze pomników. To jednak chyba kwestia takiej słowiańskiej mentalności - bolszewicy najostrzej zwalczali mienszewików, którzy jeszcze niedawno byli ich sojusznikami. Myślę, że istotnym czynnikiem jest również zazdrość. Wiadomo, że najważniejszą siłą polskiej opozycji był Komitet Obrony Robotników. Teraz, gdy żyjemy w demokratycznym państwie, wielu ludzi, którzy w czasach komunizmu byli zwykłymi tchórzami zazdrości tym, którzy przyczynili się do obalenia poprzedniego ustroju. Awangarda przemian zawsze jest zjadana przez tych, którzy później dochodzą do głosu. Zazdrości się Adamowi Michnikowi tego, że wykorzystał szansę otrzymaną od Lecha Wałęsy i stworzył Gazetę Wyborczą, która stała się jednym z symboli przemian ustrojowych. W dodatku środowiska postkorowskie potrafiły przedstawić Polakom określoną wizję Polski - tolerancyjnej, otwartej, solidarnej, itd. Taka wizja Polski mi odpowiada, zgadzam się z nią.
A jakie jest pana zdanie na temat stosunku Gazety Wyborczej do generała Wojciecha Jaruzelskiego? Ten temat wywołuje w naszym społeczeństwie największe emocje.
Wychodzę z założenia następującego - myślę, że rok 1989 to był jedyny polski cud. Myślę, że w wyniku uwarunkowań geopolitycznych oraz ogólnej śmierci klinicznej komunizmu doszło do rozmów. Wiadomo, że obie strony chciały się wzajemnie przechytrzyć - tak jest w każdym starciu. Natomiast te wszystkie chytrości znalazły bardzo szczęśliwy finał, który - biorąc pod uwagę przeszłość naszego państwa - należy odbierać w kategorii cudu. Nie wierzę w żadne poufne ustalenia, ponieważ dzięki temu kompromisowi nasza ojczyzna stała się demokratycznym krajem. Po 1989 roku Polacy decydowali, kto ma rządzić ich ojczyzną. Moim zdaniem ogromny szacunek należy mieć także do osób, które doprowadziły do Okrągłego Stołu po stronie czerwonej. Zresztą, wielu beneficjentów poprzedniego systemu uważa komunistów, którzy doprowadzili do przemian - Wojciech Jaruzelskiego, Czesława Kiszczak, Floriana Siwickiego czy Mieczysława Rakowskiego - za zdrajców. Ta grupa ludzi była najniebezpieczniejsza, oni blokowali w Polsce wszystkie reformy, począwszy od Edwarda Gierka, na przemianach okrągłostołowych skończywszy.

Uff, cytat długi, ale chyba wart przypomnienia dziś, gdy od rana atakują mnie tytuły w rodzaju tego z wpolityce.pl: Grabaż” o rządzie Tuska: „Nie było większych faszystów niż szajka tego rudzielca. Wzruszonym, tyle, że tym razem znów nie politykę, a raczej o kasę poszło, gdy Grabaż zaczął w wywiadzie mówić coś o najbardziej faszystowskim rządzie. Faszyzm rządu Tuska nie polega bowiem według artysty na ograniczaniu swobód opozycyjnych, neutralizowaniu mechanizmów demokratycznych, tolerowaniu patologii w urzędach i aparacie represji. Chodzi o zmiany podatkowe, uderzające w artystów. Ale nawet pisząc o faszyście i bandycie, trzeba zaznaczyć, że osobiście premiera się nadal lubi. Taka tam drobna niekonsekwencja, a może i żelazna konsekwencja właśnie. Dziennikarze kilku nominalnie prawicowych portali ucieszą się, że kolejny artysta tak bardzo dowalił Tuskowi. Może, gdy będzie już pewnie, że Po straci władzę, nagra jakąś piosenkę, w której zajmie się nie tylko trollami z internetu (przy czym aby podpaść pod tę definicję w słowniku Krzysztofa Grabowskiego wiele chyba nie trzeba), ale i Tuskiem. I znowu będzie można się ucieszyć i napisać coś o tym, jak to się odwracają od Platformy. Odwracają się, odwracają i odwrócić się nie mogą. Chyba palenie łatwiej rzucić.
 
5
5 (4)

Więcej notek tego samego Autora:

=>>