
W ramach procedury stwierdzenia śmierci mózgowej wykonuje się tzw. próbę bezdechu, która może się przyczynić do zgonu pacjenta w ciężkim stanie (FOT. M. BORAWSKI)
Pacjenci wyklęci – tak osoby w śpiączce określa prof. Jan Talar, założyciel i wieloletni kierownik bydgoskiej Kliniki Rehabilitacji posiadającej unikalne na skalę światową osiągnięcia w wybudzaniu pacjentów z długotrwałej śpiączki i ze znacznymi uszkodzeniami mózgu.
Sukcesy lekarzy zajmujących się takimi przypadkami budzą jednak opory środowiska medycznego i lobby transplantologicznego. Łamanie utartych przekonań o tym, jakie uszkodzenia mózgu oznaczają definitywny koniec życia, wyzwala spore problemy etyczne. Okazuje się też, że kryteria śmierci zapisane w obowiązujących przepisach (Obwieszczeniu Ministra Zdrowia z 2007 r. w sprawie kryteriów i sposobu stwierdzenia trwałego nieodwracalnego ustania czynności mózgu) zupełnie nie przystają do osiągnięć nauki.
Profesor Talar pokazywał zdjęcia swoich pacjentów, którzy po terapii żyją, odzyskali przytomność, radzą sobie dobrze w życiu. I tak żyje i jest w dobrej kondycji mężczyzna, który doznał w wyniku wypadku takich urazów głowy, że zniszczeniu uległa część mózgu wielkości pięści. Ma ogromną dziurę w głowie. profesor Talar podał też przykład pacjenta z 70-procentowym uszkodzeniem pnia mózgu, który nie utracił sprawności intelektualnej – ukończył studia. Ci pacjenci, gdyby nie znaleźli się pod odpowiednią opieką, mogliby zostać zgodnie z prawem zakwalifikowani jako martwi, a ich narządy pobrano by do przeszczepów.
Według przepisów, do stwierdzenia nieodwracalnego uszkodzenia mózgu wymaga się, aby chory był w śpiączce i pod respiratorem (sztucznie wentylowany), została rozpoznana przyczyna śpiączki oraz wystąpiło uszkodzenie mózgu „nieodwracalne wobec wyczerpania możliwości terapeutycznych i upływu czasu”. W drugim etapie należy stwierdzić brak odruchów pniowych (czyli świadczących o zaniku funkcji pnia mózgu) i trwały bezdech. Rzecz w tym, że wszystkie te kryteria – kwalifikujące do pobrania narządów, co oznacza definitywną śmierć – spełnia wiele osób, które mają duże szanse na przeżycie. Chorzy w śpiączce prawie zawsze są też podłączeni do respiratora, a przyczyna ich stanu jest znana (np. uraz w wyniku wypadku).
Zaprzestać terapii
Lekarze spotykają się jednak z ogromnym naciskiem na jak najszybsze stwierdzenie śmierci mózgowej. W praktyce „upływ czasu” to nawet tylko 6 godzin, a więc czas, gdy nie da się stwierdzić efektów działań terapeutycznych. – Miałem ponad tysiąc chorych, których wybudziłem. Wszyscy mieli bezdech – mówił wczoraj prof. Talar podczas konferencji na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Oficjalne wytyczne zachęcają jednak do jak najszybszego zaprzestania terapii, gdyż pozwala to „uniknąć marnotrawstwa leków, sprzętu medycznego i pracy ludzi”.
Sławny stał się przypadek Węgierki, która urodziła dziecko, będąc w stanie śpiączki. U prof. Talara też był taki przypadek, i to kobiety, której mózg został uszkodzony w wyniku udaru, gdy była w bardzo wczesnej ciąży. W 8. miesiącu przeprowadzono cesarskie cięcie, dziecko otrzymało ocenę ogólnego stanu po porodzie 9 punktów w 10-stopniowej skali Apgar. Matka wybudziła się wkrótce po porodzie i jest obecnie zupełnie sprawna. Jedna z pacjentek prof. Talara, która miała ogromne ubytki mózgu (na zdjęciach z tomografii komputerowej widać wielkie czarne plamy), po terapii przeszła pieszo w pielgrzymce z Bydgoszczy do Częstochowy. Oczywiście wielu z tych pacjentów cierpi na różne ograniczenia sprawności organizmu (problemy z poruszaniem się czy poszczególnymi zmysłami). Bywa jednak, że osoby spełniające kryteria śmierci mózgowej wychodzą ze szpitala po kilku dniach alb tygodniach bez śladów choroby, pracują, uprawiają sport, prowadzą pojazdy.
Problem w tym, że mentalność transplantacyjna powoduje, iż lekarze i cały system służby zdrowia nie jest nastawiony na pomoc tym pacjentom. Profesor Talar podaje przykłady zabiegów leczniczych, znanych od dawna medycynie o potwierdzonej skuteczności, których w Polsce nie stosuje się wobec pacjentów w śpiączce, a aplikuje się w przypadku choroby Parkinsona lub otyłości. Pacjentów w ciężkim stanie mało kto chce leczyć. – Ludzie na całym świecie zapadają w śpiączkę, wyglądają jak martwi. Nie można mówić, że nie ma dla nich żadnej nadziei – wskazuje profesor, cytując Hipokratesa: „Żaden uraz głowy nie jest tak łagodny, aby go całkowicie lekceważyć, ani żaden uraz głowy nie jest tak ciężki, aby tracić wszelką nadzieję”.
Człowiek czy nie?
Winny tego stanu rzeczy jest m.in. błędny przekaz akademicki. W XIX w. uznano, że rozwinięty ośrodkowy układ nerwowy nie ma zdolności do regeneracji. Odkryte w XX w. zjawisko plastyczności mózgu (zdolności tkanki nerwowej do tworzenia nowych połączeń) nie przebiło się w przekazie akademickim. Postrzega się śmierć mózgową jako „nieodwracalną śpiączkę”, przy czym uważa się powszechnie, że nieodwracalność ma miejsce już po 4 tygodniach takiego stanu. Potem zmniejszono ten okres do 2 tygodni, po których „chory nie przypomina człowieka”. – Tak jest rzeczywiście, gdy nie stosuje się żadnej pomocy i terapii – komentuje prof. Talar.
Problem w tym, że w rzeczywistości narządów nieparzystych (np. serca) do przeszczepów nie pobiera się od osób zmarłych, ale uznanych według aktualnej wiedzy medycznej za przypadki beznadziejne terapeutycznie. – Tak zwana śmierć mózgowa nie istnieje. Nikomu nie udało się pobrać narządów do przeszczepów od osób zmarłych – uważa prof. Talar. Po tym, gdy po raz pierwszy wypowiedział tę myśl publicznie, musiał pożegnać się z kierowaniem swoją kliniką, jednak nikt nie podjął merytorycznej polemiki z jego tezą.
Doktor Izabella Stępkowska z Uniwersytetu Medycznego w Lublinie wskazała, że naprawdę pewnym kryterium śmierci jest trwałe ustanie krążenia i rozpoczęcie procesów dezintegracji organizmu (sztywnienie mięśni, plamy opadowe). Rzecz w tym, że w takim stanie nie da się już użyć narządów zmarłego do przeszczepu. Pojęcie „śmierci mózgowej” wprowadzono, by stworzyć wrażenie, że chodzi rzeczywiście o „śmierć”. Tymczasem jest to nazwa przyjętego w przepisach zespołu objawów, który do tego ulega zmianie i jest dość niejasny. Parcie transplantologów powoduje, że kryteria zamiast wraz z rozwojem metod ratowania ludzi zaostrzać się, są systematycznie łagodzone.
Kryteria tej „prawnej śmierci” są w ocenie dr Stępkowskiej bardzo nieprecyzyjne. – Lawirują pomiędzy terminami „mózg” i „pień mózgu”. Zadaniem obowiązującej ustawy nie jest ratunek człowieka chorego, poszkodowanego w wypadku, ale wytyczne, jak najłatwiej uznać go za zmarłego. Dlatego obwieszczenie ministra wymienia całą listę odruchów, których komisja lekarzy nie powinna brać błędnie pod uwagę jako dowodu czynności pnia mózgu – tłumaczy. Stępkowska zwraca też uwagę, że w ramach procedury stwierdzenia śmierci mózgowej wykonuje się tzw. próbę bezdechu, jest bardzo obciążająca dla organizmu (należy do niej m.in. wentylacja toksycznym czystym tlenem), a więc sama może się przyczynić do zgonu pacjenta w ciężkim stanie. – Nawet w przypadku nieodwracalnych zaburzeń człowieka nie można uważać od razu za zmarłego, ale pozwolić mu godnie umrzeć – zauważa Stępkowska.
http://naszdziennik.pl/wp/76428,smierc-na-czas.html