Blogerzy, hejterzy, kibole

 |  Written by Krzysztof Karnkowski  |  1
PO winnych przegranej w wyborach prezydenckich nie szuka we własnych szeregach. Błogiego samozadowolenia nie psują fatalne nastroje społeczne, plany emigracyjne młodzieży i powszechne przekonanie o braku szans – przynajmniej pod rządami tej ekipy. Jeżeli politycy cokolwiek sobie zarzucają, to najwyżej, że nie potrafili nagłośnić swoich sukcesów. To interesujące stwierdzenie w kraju, którego główne media od lat nie zajmowały się praktycznie niczym poza propagandą sukcesu i opluwaniem opozycji, odpowiednio według wzorów z lat 70-tych i 80-tych XX wieku. Winowajcą jest internet, przez który PO straciła młodzież, dla której jest on równocześnie gazetą, telewizorem i politycznym kabaretem. Główne media nasiliły więc ataki na młode, rzekomo roszczeniowe pokolenie, które zamiast wykorzystać szansę jaką jest emigracja, oczekuje od władzy prowadzenia innej polityki. Droga na skróty, typowa dla zaprzyjaźnionych z rządem dziennikarzy i analityków pozwala uciec od konstatacji, że Bronisław Komorowski przegrał we wszystkich grupach wiekowych. Kreuje się kolejny konflikt pokoleń. W roku 2007 wylansowano wizerunek starego wyborcy PiS, słuchacza Radia Maryja, który blokował szanse modernizacyjne Polski. Dziś nieodpowiedzialny szczeniak, który nie przeżył więzień PRL i nawet spędzającą elitom sen z powiek “traumę” III RP ledwo co pamięta, wybiera ryzykowną zmianę, zamiast docenić otrzymaną od starszych i mądrzejszych rzeczywistość.

Partyjnych rozliczeń się nie doczekaliśmy. Na chwilę wybuchł konflikt między prezydentem Komorowskim a posłem Andrzejem Biernatem, a Ewa Kopacz ponoć na kogoś spojrzała krzywo na spotkaniu działaczy, ostatecznie jednak politycy tej partii postawili na kontynuację. Partia rządząca tkwi w chaosie podobnym do panującego po pierwszej turze wyborów w sztabie Bronisława Komorowskiego. Poszło o internet, dokładniej zaś o tzw. hejterów. Słowo to wynika się jednoznacznej definicji. Dawniej określano nim najagresywniejszych internetowych trolli, piszących o gwiazdach lub politykach w niemerytoryczny, obraźliwy sposób. Od pewnego czasu pod to określenie próbuje się podciągnąć każdą krytykę. Zwyczaj ten, wzięty od przewrażliwionych na swoim punkcie artystów, okazał się poręczną pałką dla polityków i dziennikarzy. Krytyka sama w sobie nie jest niczym złym, inaczej jest z nienawiścią. Postawienia między nimi znaku równości nie powstydziłby się George Orwell, gdyby żył w czasach internetu.

Gdy Adam Szejnfeld napisał, ponoć cytując list od wyborcy, o “płatnych skurwysynach”, wydawało się, że tego wpisu nic już nie przebije. Prawdziwa bomba wybuchła jednak w drugiej połowie tygodnia, gdy dowiedzieliśmy się, że podczas narady w Jachrance Ewa Kopacz poinformowała o zatrudnieniu przez Platformę 50 hejterów i planach zatrudnienia co najmniej drugiej, równie liczebnej grupy. Gdy zaś wiadomość ta obiegła media, rzecznik rządu Małgorzata Kidawa-Błońska wyjaśniła... że wypowiedź została wyrwana z kontekstu, a premier do działaczy mówiła w dalszych słowach, że chce, aby po przeszkoleniach wszyscy członkowie Platformy byli aktywni i zachowywali się jak hejterzy.

Fakt faktem, że jeszcze tego samego dnia na Twitterze pojawili się użytkownicy, kontrujący te informacje słowami o “piszących za pieniądze pisiorach” i mało przekonującymi zaprzeczeniami. “Nikt nam nie płaci, a poza tym, to nie są wielkie pieniądze” – tak można by streścić ich wpisy.

PO znalazła winnych, a nauki nie wyciągnęła żadnej. Podobnie, niestety, napisać można o części konserwatywnych komentatorów. Tuż po wyborach osoby te doceniły wkład internautów i zaangażowanych w kampanię zwolenników Prawa i Sprawiedliwości, dziś piszą, że prezydent-elekt wygrał... wbrew tym grupom.

Kilka tygodni temu pisałem o obawie niektórych dziennikarzy przed pokazywaniem w kampanii Antoniego Macierewicza i wracaniem do kwestii Smoleńska, co odebrać miało głosy centrowych wyborców. Tymczasem w okolicy 10 kwietnia temat został podjęty w wymiarze odpowiednim dla piątej rocznicy, Macierewicz pojawił się w większości przekazów, często na wspólnych zdjęciach z Dudą – i nie stało się nic. Kandydat w piątą rocznicę pojawił się w katedrze św. Jana, zaśpiewał “Ojczyznę wolną racz nam zwrócić, Panie” - i nie zatrzymało to jego drogi do wygranej. Temat kampanii nie zdominował, nie został też w niej pominięty, Duda zaś został prezydentem. Tymczasem tydzień po wyborach Piotr Zaremba opublikował tekst, w którym pisze, że zwycięstwo kandydata PiS potwierdziło słuszność tych rad. W tekście “Pycha kroczyła przed upadkiem PO. A co z pychą prawicy?” idzie jeszcze dalej, pisząc Kaczyński wygrał wbrew wielu swoim najgorliwszym zwolennikom, a nie dzięki nim. Polemizuje z postulatem mówienia o Smoleńsku “24 godziny na dobę” i przywołuje niewymienionego z nicka blogera, krytykującego pismo wSieci, rzekomo zbyt mało gorliwe, by ostatecznie skończyć na zbitce “bloger – troll – kibol”, od której niedaleko już do przywołanego „listu do Szejnfelda”.

Prawo i Sprawiedliwość wygrało prezydenturę. Owszem – również głosami wyborców zawiedzionych Platformą, w tym – wyborców Pawła Kukiza. Przede wszystkim jednak determinacją swoich zwolenników, w tym internautów, którym Zaremba odmawia udziału w sukcesie Dudy. Tekst doczekał się ciekawej polemiki ze strony blogera i rysownika Cezarego Krysztopy, który pisze m.in. wydawało mi się, że to zwycięstwo było możliwe dzięki pospolitemu ruszeniu zwolenników zmiany (bo przecież nie tylko PiS), którzy grali na bardzo różnych fortepianach, i tych łagodniejszych i tych bardziej radykalnych. To pospolite ruszenie zrobiło Andrzejowi Dudzie milion kampanii, któremu to milionowi nie sprostała wspierana przez „wiodące media” słaba kampania centralna PO. Dziennikarz odpowiedział mało dla mnie czytelnym tekstem, w którym wypomina Krysztopie głosowanie na Platformę, co skutkować ma dziś gorliwością neofity. Tym samym zaprzecza swoim własnym tezom, choć pomija fakt, że bloger popierał PO w roku 2007, trudno mówić tu o świeżej i nagłej zmianie preferencji wyborczych. Wymienia też, mam wrażenie, losowo wybrane blogi na których rzekomo zarzucano mu przyjmowanie korzyści majątkowych za osłabianie morale PiS.

Być może Zaremba tak przywykł do przegranych PiS, że szuka winnych nawet po zwycięstwie. Wcześniej, w lutym, krytykował kampanię Dudy jako pozbawioną pomysłu, uważał też za jałowe jeżdżenie od powiatu do powiatu. Sugerował zmianę kierownictwa sztabu, czego dziś już zapewne nie pamięta. Wraca za to do innych starych wątków, okazji do zaatakowania nielubianych środowisk, najwyraźniej nie mogąc sobie odpuścić. Czy wpływ na to ma świadomość, że internet weryfikuje nie tylko słowa polityków, lecz również publicystów, nad którymi nie trzymają już parasola działy łączności z czytelnikami?

Ostatni tydzień przyniósł przyjaciołom PiS nowe zmartwienia. Prof. Krystyna Pawłowicz napisała list, w którym ostro wezwała Pawła Kukiza do konkretniejszych, niż dotąd, działań i deklaracji. Posłanka nie spodziewała się zapewne, że spotka ją fala krytyki przypominająca ataki na śp. Przemysława Gosiewskiego. Pod absurdalnym zarzutem, że list “obraża” adresata, więc zniechęca go do koalicji z PiS, atakowali ją ludzie, którzy kilka miesięcy wcześniej nie widzieli Andrzeja Dudy nawet w drugiej turze. Dziś boją się nie tylko mówienia o Smoleńsku, lecz i utratą niepewnej sympatii Kukiza. Warto jeszcze wspomnieć o panicznych reakcjach na każdą informację o religijności Dudy. Czy jednak ten paraliżujący lęk, by nikomu niczym się nie narazić, jest dobrym doradcą w sytuacji, w której potrzebna jest prawdziwa zmiana w polityce i całym państwie?

Tekst ukazał się we wczorajszej Gazecie Polskiej Codziennie
 
5
5 (4)

1 Comments

Obrazek użytkownika polfic

polfic
Też mnie denerwuję ta postawa typu "Przepraszam, że żyję".
A co do listu Pani profesor Pawłowicz. Moim zdaniem był bez sensu. Nie dlatego, że miałaby obrazić Kukiza. Tylko przed wyborami próba wskazywania, że głosowanie na Kukiza i PiS to w zasadzie wszystko jedno; jest zagraniem po prostu złym strategicznie, że tak powiem

Więcej notek tego samego Autora:

=>>