Mówiono wtedy, że rząd pośliznął się na żelatynie. Była to jedna z głośnych afer lat 90., pierwsza wpadka ekipy AWS-UW i wielka porażka wymiaru sprawiedliwości.
Zobacz także
Pstrągi płyną pod prąd
Jak w naturze, tak i w życiu – smaczne ryby nie poddają się rynkowym trendom. I wbrew globalnemu spadkowi... Zobacz więcej 24 mar, 06:02
Polskie ceny zaporowe
Elektronika, ubrania i kosmetyki są w polskich sklepach nawet o połowę droższe niż na Zachodzie – wynika z... Zobacz więcej 11 mar, 05:57Kazimierz Grabek, urodzony w roku 1949, z wykształcenia technik samochodowy, karierę biznesową zaczął skromnie, od dwóch kurników. W 1985 roku założył w Głuchowie pod Grójcem spółkę wytwarzającą klej, mączkę kostną i żelatynę – później jego flagowy produkt. Już wtedy zastosował charakterystyczny dla niego sposób robienia interesów: beztroskie łamanie przepisów i bliskie relacje z urzędnikami, którzy to tolerowali bądź legalizowali. Z początku na szczeblu gminnym, potem wojewódzkim i centralnym. Na cześć naczelnika gminy, który pozwolił mu budować na obszarze chronionego krajobrazu, Grabek nazwał jego imieniem – Krzysztof – jeden z kominów swojej fabryki…
Kominy dymiły, produkcja szła, ale nieczyszczone ścieki trafiały do miejscowej rzeczki, aż zatruły studnie w okolicy. Smród nie pozwalał oddychać, mieszkańcom dowożono wodę beczkowozami. Gdy jednak wojewoda nakazał zamknąć fabrykę, Grabek przekonał ministra środowiska Macieja Nowickiego do uchylenia tej decyzji.
Szybko został jednym z najbogatszych ludzi w Polsce (1992 – drugie miejsce na liście tygodnika „Wprost”). Wiedział, jaką sprężynę nacisnąć, żeby osiągnąć, co chciał. Stał się mistrzem w załatwianiu kredytów. „Imperium Kazimierza Grabka zbudowały największe polskie banki: Pekao SA, BGŻ i Bank Handlowy. Na początku lat 90. Grabkowi udzielono ogromnych kredytów, czasami na telefon, bez zabezpieczeń, z pogwałceniem obowiązujących procedur” – pisał Leszek Kraskowski w „Rzeczpospolitej”.
W Głuchowie królowi żelatyny zaczął się palić grunt pod nogami: grójecka prokuratura oskarżała go o zatruwanie środowiska, prokuratura w Radomiu zajęła się jego niespłaconymi kredytami. Konsekwentnie nie stawiał się na przesłuchania i rozprawy. Ale biznes musiał kręcić się dalej – Grabek kupił 96 proc. akcji fabryki żelatyny w Puławach. Żeby „obłaskawić” załogę, utworzył spółkę pracowniczą. Jako nowy właściciel zobowiązany był zainwestować w firmę 10 mln zł. Wykręcił się z tego bardzo pomysłowo: sam sobie odsprzedał know-how, czyli technologię produkcji i dorzucił do tego dolarowy kredyt z Pekao SA.
Niedługo potem przejął fabrykę żelatyny w Brodnicy, dziś woj. kujawsko-pomorskie. Jak się potem okazało, za pośrednictwem podstawionego człowieka, metodą „na słupa”. Stał się w ten sposób monopolistą w produkcji żelatyny w Polsce.
Zabójcze priony
Mało mu było sukcesów – postanowił zablokować import i opanować cały polski rynek żelatyny, wart ok. 50 mld dolarów rocznie.
Krok po kroku zbliżał się do celu. Doprowadził do zaostrzenia norm sanitarnych na żelatynę z importu: ta z Rosji i reszty Wspólnoty Niepodległych Państw zawierała ponoć za dużo bakterii (na wypadek, gdyby krajowa żelatyna Grabka zawierała ich jeszcze więcej, przestano wpuszczać do jego firm inspektorów sanepidu). W interesie Grabka premier Pawlak chciał przeforsować zakaz eksportu skrawków skór wołowych, żeby były tańsze – co nie powiodło się z powodu protestu ministra sprawiedliwości Cimoszewicza. Mimo to Pawlak pod koniec urzędowania wprowadził opłaty wyrównawcze na importowaną żelatynę, dzięki czemu ta krajowa podrożała o 80 proc. Kolejny rząd, Oleksego, podniósł cło na żelatynę z 15 do 56,2 proc. (...)
http://biznes.onet.pl/grabek-krol-zelatyny,18520,5610023,1,news-detal
