Konserwatywna Partia Ludowa (PP) premiera Mariano Rajoya wygrała niedzielne wybory parlamentarne, zdobywając 26,8 proc. głosów, ale straciła dotychczasową większość bezwzględną - wynika z sondażu exit poll, którego rezultat podała telewizja TVE.
Głosujący w lokalu wyborczym w Madrycie /PAP/EPA/Juan Carlos Hidalgo /PAP/EPA
Ludowcy dostaną od 114 do 124 miejsc w 350-osobowym Kongresie Deputowanych.
Czytaj więcej na http://www.rmf24.pl/fakty/swiat/news-hiszpania-prawica-wygrywa-wybory-al...
Brak głosów

1 Comments
Oburzeni podbijają Madryt
20 December, 2015 - 22:06
Dwupartyjny system, który kształtował demokrację od śmierci Franco, w niedzielę się skończył.
Hiszpański parlament będzie po niedzielnych wyborach niezwykle rozbity. Jak wynika z sondażu exit polls dla telewizji publicznej wybory wygrałaby Partia Ludowa (PP), ale uzyskując w 350-osobowej izbie niższej parlamentu zaledwie 114-118 deputowanych, zdecydowanie poniżej większości. Socjalistyczna PSOE miałaby w tym zestawieniu 81-85 posłów, niewiele mniej, niż populistyczna lewacka Podemos (76-80). Na 45-50 deputowanych mogłoby liczyć ultra-liberalne, nowe ugrupowanie Ciudadanos. W takiej konstelacji zbudować koalicję rządową będzie trudno.
Gniew narastał od czterech lat
Jeszcze dwa lata temu ani Podemos, ani Ciudadanos właściwie się nie liczyły. Dlaczego takim przebojem podbiły hiszpańską scenę polityczną?
– To się zaczęło dużo wcześniej, od wielkich manifestacji 15 maja 2011 r. „oburzonych", straconego pokolenia młodych Hiszpanów, którzy z powodu wielkiego kryzysu finansowego poczuli, że nie mają żadnych perspektyw na przyszłość. Ten ruch stopniowo rósł w siłę, aż w końcu przekształcił się w dwa ugrupowania, które obalą obecny system – mówi „Rz" Francisco Camas, analityk polityczny Metroscopii.
Przepaść pokoleniowa jest rzeczywiście szokująca. O ile średni wyborca PP ma 60 lat (tyle samo, co lider partii i odchodzący premier Mariano Rajoy), a PSOE – 54 lat, o tyle przeciętny wiek wyborcy Ciudadanos to 44 lata, a Podemos – 38 lat.
– Na Podemos głosują przede wszystkim młodzi bezrobotni, na Ciudadanos – młodzi, którym udało się znaleźć zajęcie. PP i PSOE to zaś głównie partie urzędników, emerytów, gospodyń domowych. Ludzi, którzy bronią obecnego systemu, bo wciąż z niego korzystają. Klęska tradycyjnych partii byłaby totalna, gdyby nie to, że tak jak w reszcie Europy, hiszpańskie społeczeństwo szybko się starzeje. Ci, którzy mają ponad 55 lat, stanowią 40 proc. wyborców, podczas gdy osoby w wieku od 18 do 34 lat – tylko 21 proc. Ale żadna partia bez poparcia młodych nie ma przyszłości – mówi Camas.
Poprzednie wybory do Kortezów odbyły się w listopadzie 2011 r., gdy Hiszpania znajdowała się co najmniej w równie trudnej sytuacji gospodarczej co obecnie. Wówczas Rajoy zdołał jednak przekonać społeczeństwo, że bezprecedensowy kryzys finansowy, upadek rynku nieruchomości i pauperyzacja milionów to wyłącznie skutek rządów jego poprzednika, lidera PSOE Jose Luisa Zapatero. Dlatego PP otrzymało prawie 45 proc. i większość absolutną w parlamencie.
Ale cztery lata później ogromna część wyborców uważa, że Rajoy ich oszukał.
– W społeczeństwie narosło ogromne pragnienie zmiany, buntu, rewolucji – mówi Camas.
W sondażach Metroscopii respondenci jako pierwszy powód odrzucenia obecnego systemu wskazują korupcję. O jej skali świadczy choćby to, że samych burmistrzów oskarżonych o malwersacje funduszy publicznych jest przeszło dwa tysiące! Skandale nie ominęły samych szczytów władzy: były skarbnik PP Luis Bercenas ujawnił cały system zbierania łapówek od firm, które otrzymały kontrakty od władz, i ich podział wśród liderów ludowców, łącznie z samym Rajoyem.
– Jeśli pan pozostanie premierem, koszt dla naszej demokracji będzie ogromny, bo premier, panie Rajoy, powinien być człowiekiem przyzwoitym, a pan nim nie jest – atakował tydzień temu w niezwykle emocjonalnej debacie telewizyjnej lider PSOE Pedro Sanchez.
Tyle że także socjaliści w Andaluzji i innych regionach, gdzie tradycyjnie sprawowali władzę, sami korzystali z korupcji na wielką skalę.
Siedem milionów nie płaci rachunków za prąd
Ale jest też drugi powód, dla którego Hiszpanie chcą radykalnych zmian. To gospodarka.
Rajoy przejął od Zapatero kraj na skraju bankructwa i wyprowadził go na prostą. Ale kosztem ogromnych wyrzeczeń społecznych. Co prawda od roku dochód narodowy rośnie w tempie przeszło 3 proc., a bezrobocie nieco spadło do 21,6 proc., ale wciąż dotyka ono 48 proc. młodych.
Ale i te statystyki są do pewnego stopnia mylące. Poprawa na rynku pracy to po części wynik emigracji młodych Hiszpanów. Z powodu zniesienia przez Rajoya wielu zabezpieczeń społecznych aż 3/4 nowych kontraktów to umowy terminowe, wręcz śmieciowe.
– Siedem milionów Hiszpanów, którzy mają pracę, żyje poniżej progu biedy, nie jest w stanie uregulować podstawowych rachunków, w tym zapłacić za prąd – mówi ekspert Metroscopii.
Jeronimo Andreu, dziennikarz z „El Pais", potwierdza: zdecydowana większość jego kolegów z rodzinnego Kadyksu nie ma pracy. A jeśli coś złapią, to na miesiąc czy dwa za 600–700 euro.
Nastroje w Hiszpanii są tak złe, że nawet bunt separatystów w Katalonii, który udało się Rajoyowi uśmierzyć, nie gra na korzyść premiera.
– To nie jest temat kampanii. A jeśli już, to korzysta na tym Ciudanos, partia, która wyrosła w Barcelonie i opowiada się za jednością kraju, a nie PP – mówi Camas.
Po drugiej stronie Pirenejów Francuzi zareagowali w wyborach regionalnych na trudności gospodarcze i zalew uchodźców masowym poparciem dla skrajnie prawicowego Frontu Narodowego. W Hiszpanii tak się nie stało, bo pamięć wojny domowej i dyktatury Franco, w której zginęło być może nawet milion osób, pozostaje zbyt żywa. A ponieważ sami Hiszpanie znów wyjeżdżają za chlebem za granicę, z większym zrozumieniem podchodzą do dramatu uchodźców.
Zdaniem analityków w Madrycie przyszłość kraju będzie teraz leżała głównie w rękach 37-letniego przywódcy Ciudadanos Alberta Rivery, który może postawić na koalicję albo z PP, ale z PSOE, albo dążyć do wcześniejszych wyborów. Los Grecji przynajmniej na razie na tyle odstrasza hiszpański establishment, że żadna partia nie będzie chciała wejść w sojusz z liderem Podemos Pablo Iglesiasem. Jest zbyt nieobliczalny.
http://www.rp.pl/Swiat/312209951-Oburzeni-podbijaja-Madryt.html