Wyżyna Krakowsko-Częstochowska urywa się nagle, jak tylko minie się Żarki. Wapienne ostańce z okolic Mirowa i Bobolic, jakże kształtne i jak kuszące do wspinaczki, jakby schowały się pod ziemię, by już więcej się nie pokazać na powierzchni. Wzgórza pokryte lasami przechodzą niepostrzeżenie w pola uprawne, ciągle jeszcze pofałdowane, nierówne, do niedawna ciężkie do obrobienia w zaprzęgu konnym. Wystarczy przejechać wieś Niegową w kierunku Lelowa, by znaleźć się w innym świecie, w świecie nie lasów, lecz pól. I tak jest przez kilkanaście kolejnych kilometrów w kierunku Pilicy, nad którą osiadł Koniecpol.
Koniecznie chciałem zajrzeć do tego Koniecpola, zachęcano mnie do tego, mówiono, że znajduje się tam kościół o ciekawej odmianie wczesnego baroku polskiego. Co więcej, podkreślano, że Koniecpol to gniazdo rodu, z którego wyszedł jeden z najbardziej utalentowanych wodzów XVII stulecia – Stanisław Koniecpolski.
Kościół w Koniecpolu najlepiej oglądać późną jesienią, kiedy z gigantycznych drzew opadną już liście i odsłonią jego dostojną fasadę. Istotnie, ten barok ma w sobie coś z prostoty renesansu, jest taki kształtny, bez pretensji, bez tych pompatycznych ozdób, do jakich przywykłem z oglądania meksykańskiego baroku.
Obszedłem świątynię dookoła ozdobioną na przecięciu transeptu z nawą niezwykłej urody wieżyczką zaopatrzoną w sygnaturkę. Biegnący dookoła niewysoki mur z wychodzącą na rynek paradną bramą obrzeżoną otworami strzelnicy chciałby sugerować, że kościół ma być obiektem obronnym. Ale cóż to za obronność, kiedy mur łatwo można przeskoczyć i daleko mu do naprawdę obronnych monasterów Mołdawii stawianych w miejsce zamków, na które istniał zakaz od sułtanów tureckich. Ot, wystawiono mur raczej dla ozdoby. Może też w nawiązaniu do wojennych wyczynów fundatora kościoła, Stanisława Koniecpolskiego, jak swego rodzaju rekwizyt – odległe echo kresowych twierdz.
Koniecpolski, już jako hetman polny koronny, blisko trzydziestolatek, dostał się do tureckiej niewoli po klęsce wojsk polskich pod Cecorą w 1620 roku. Może by i wyszedł z opresji cało, choć walczył do ostatka u boku swego teścia, Stanisława Żółkiewskiego, gdyby nie zdrada jednego z mołdawskich przewodników, który wydał go Turkom. Ci przez trzy lata więzili go w lochach Zamku Siedmiu Wież, spodziewając się wysokiego okupu za uwolnienie tak znacznego jeńca. A znacznym więźniem to on już był, opromieniony chwałą rycerskich wyczynów w wojnach z Rosją w latach 1609-1618, zyskując wielką sławę pod Smoleńskiem. Bo dla niego wojna była żywiołem od wczesnych lat młodzieńczych, a że odznaczał się odwagą, bohaterstwem, brawurą i darem przewidywania posunięć przeciwnika, zdobył sobie szacunek największych wodzów, Chodkiewicza i Żółkiewskiego, pod których rozkazami wpierw służył. Ten drugi w uznaniu dla osiągnięć młodzieńca dał mu za żonę swą najmłodszą córkę, Katarzynę, ale ta zmarła niebawem przy porodzie, krótko potem jej dziecko.
Tak, miał Koniecpolski czas na rozmyślania nad swym młodym, a tak bujnym żywotem w tureckiej niewoli. Uczynił ślub, że jeśli z niej wyjdzie cało, zbuduje kościół w mieście, skąd wywodził się jego ród. Dotrzymał słowa, kiedy po trzech latach niewoli powrócił w swe rodzinne strony. Problem w tym, że nie od razu przystąpił do jego realizacji.(...)
Read more: http://www.pch24.pl/koniecpol--hetmanskie-gniazdo-,23823,i.html#ixzz35wR4QBPf