
Nie nauczyli się niczego i nie wyciągnęli żadnych wniosków. Pisałem już o tym wiele razy, ostatnio przy okazji walki z dopalaczami (o których pisałem też do dzisiejszej GPC). Ludzie mieli dość pompowania w nich optymizmu, coraz bardziej sprzecznego z ich odczuciami? To znaczy, że trzeba jeszcze głośniej mówić, jak wielki odnosimy sukces, kłuć w oczy wielkimi osiągnięciami, w którym rosnąca grupa wkurzonych nie partycypuje lub nie traktuje jako ósmy cud świata. Nazywa się ją więc roszczeniowcami, bo nie chce zrozumieć, że każde, nawet byle jakie wykonywanie obowiązków przez rządzących jest wielką, niewyobrażalną łaską. Mówi się o dziedzictwie komuny, choć to właśnie powtórzenie komunistycznej narracji. Liberałowie chwalą się skokiem jakości życia, którego nikt chyba nie neguje tak, jak komuniści chwalili się zlikwidowaniem analfabetyzmu. Tyle tylko, że gdzie indziej udawało się to bez tak wielkich kosztów dodatkowych i skutków ubocznych, czy mówimy tu o więzieniach i mordach, czy tylko o grabieży i likwidacji przemysłu, rolnictwa, nawet sektora usług, który miał być naszą specjalnością – tak przynajmniej mówiono nam na studiach…
Gdy do otoczenia prezydenta Komorowskiego po raz pierwszy dotarło, że w kampanii wyborczej nie wszystko idzie tak, jak trzeba, postanowili wypuścić miły, rodzinny spot, na którym dzieci Komorowskiego opowiadają o tym, że są fajne, normalne, nie interesują się aż tak polityką, ale postanowiły powiedzieć światu, jakiego fajnego mają tatę. Media zaprzyjaźnione ogłosiły, że oto pojawił się czynnik, który zmieni dynamikę wyborów, wprowadzając do opisu naszej polityki, paląc i ośmieszając zarazem pojęcie „gamechanger”. I już, już sam bym się zastanawiał, czy ten niby spontaniczny filmik faktycznie coś zmieni, gdy zobaczyłem, że jedynie kieruje uwagę ludzi na wątek Tadeusza Komorowskiego i jego powiązań. Potem doszedł jeszcze portal, na który Komorowski powoływał się w debacie, a który prowadziła NGO zatrudniająca jego córkę Zosię. Dzieciom krzywda się nie stała, ale tacie ta rodzinna odsłona kampanii nie pomogła. Może nawet zaszkodziła, choć tu bym się już nie upierał – za mało mam danych.
Teraz dokładnie ten sam błąd popełnia Ewa Kopacz. Po serii chaotycznych i komicznych, ale za to drogich podróży pendolino po kraju postanowiono zrobić plakat "Słucham, pomagam, rozumiem" (z którego powycinano ludzi z oryginalnego zdjęcia i dorzucono jedną młodą panią, bo średnia wieku robiła się niebezpiecznie wysoka) i wypuścić telewizyjny spot. W spocie, który na pewno już Państwo widzieli, pojawia się pięć pań, wspominających jaką pani Ewa Kopacz była wspaniałą, oddaną lekarką. W sposób oczywisty kieruje to uwagę ludzi na czasy jej pracy w Szydłowcu, zadłużenie lokalnego szpitala i kilka innych tajemniczych historii. Co więcej, trwa cały czas protest pielęgniarek, z którymi akurat pani premier nie ma casu się spotkać. Jej koleżanka w spocie płacze, w sumie nie wiadomo dlaczego, gdy wspomina doktor Ewę, ale pewnie niejedna pielęgniarka czy lekarka roni łzy z powodu pani premier. Nie wiem tylko, czy również ich przyczyną jest wzruszenie. Cała ta reklamówka jest więc potężnym środkowym palcem pokazanym grupie zawodowej, z którą szefowa rządu lubi się utożsamiać. Bardziej przeciw skuteczne byłoby już chyba tylko pokazanie w reklamie Kopacz-opiekunki rodzin smoleńskich, ofiarnie prowadzącej sekcje zwłok i nadzorującej poszukiwania na miejscu katastrofy.
Nie nauczyli się niczego i nie wyciągnęli żadnych wniosków. A nie, to już pisałem…
Pięć kobiet z miasta Szydłowca
Za swoją Ewą płakało
Zróbmy wszystko jesienią
By wrócić jej się udało
https://twitter.com/karnkowski
Gdy do otoczenia prezydenta Komorowskiego po raz pierwszy dotarło, że w kampanii wyborczej nie wszystko idzie tak, jak trzeba, postanowili wypuścić miły, rodzinny spot, na którym dzieci Komorowskiego opowiadają o tym, że są fajne, normalne, nie interesują się aż tak polityką, ale postanowiły powiedzieć światu, jakiego fajnego mają tatę. Media zaprzyjaźnione ogłosiły, że oto pojawił się czynnik, który zmieni dynamikę wyborów, wprowadzając do opisu naszej polityki, paląc i ośmieszając zarazem pojęcie „gamechanger”. I już, już sam bym się zastanawiał, czy ten niby spontaniczny filmik faktycznie coś zmieni, gdy zobaczyłem, że jedynie kieruje uwagę ludzi na wątek Tadeusza Komorowskiego i jego powiązań. Potem doszedł jeszcze portal, na który Komorowski powoływał się w debacie, a który prowadziła NGO zatrudniająca jego córkę Zosię. Dzieciom krzywda się nie stała, ale tacie ta rodzinna odsłona kampanii nie pomogła. Może nawet zaszkodziła, choć tu bym się już nie upierał – za mało mam danych.
Teraz dokładnie ten sam błąd popełnia Ewa Kopacz. Po serii chaotycznych i komicznych, ale za to drogich podróży pendolino po kraju postanowiono zrobić plakat "Słucham, pomagam, rozumiem" (z którego powycinano ludzi z oryginalnego zdjęcia i dorzucono jedną młodą panią, bo średnia wieku robiła się niebezpiecznie wysoka) i wypuścić telewizyjny spot. W spocie, który na pewno już Państwo widzieli, pojawia się pięć pań, wspominających jaką pani Ewa Kopacz była wspaniałą, oddaną lekarką. W sposób oczywisty kieruje to uwagę ludzi na czasy jej pracy w Szydłowcu, zadłużenie lokalnego szpitala i kilka innych tajemniczych historii. Co więcej, trwa cały czas protest pielęgniarek, z którymi akurat pani premier nie ma casu się spotkać. Jej koleżanka w spocie płacze, w sumie nie wiadomo dlaczego, gdy wspomina doktor Ewę, ale pewnie niejedna pielęgniarka czy lekarka roni łzy z powodu pani premier. Nie wiem tylko, czy również ich przyczyną jest wzruszenie. Cała ta reklamówka jest więc potężnym środkowym palcem pokazanym grupie zawodowej, z którą szefowa rządu lubi się utożsamiać. Bardziej przeciw skuteczne byłoby już chyba tylko pokazanie w reklamie Kopacz-opiekunki rodzin smoleńskich, ofiarnie prowadzącej sekcje zwłok i nadzorującej poszukiwania na miejscu katastrofy.
Nie nauczyli się niczego i nie wyciągnęli żadnych wniosków. A nie, to już pisałem…
Pięć kobiet z miasta Szydłowca
Za swoją Ewą płakało
Zróbmy wszystko jesienią
By wrócić jej się udało
https://twitter.com/karnkowski
(3)