Ostatnio nazwa „Fronda” częściej pojawia się w kontekście narzekania na przechodzący, delikatnie mówiąc, kryzys, portal. Tymczasem wydawnictwo, o czym można się przekonać choćby z zamieszczanych recenzji radzi sobie bardzo dobrze, a coraz lepiej wypada również kwartalnik. Struktury i powiązań między tymi podmiotami już chyba nie sposób w pełni ogarnąć, dość wiedzieć, że są wobec siebie mocno autonomiczne. Ich drogi czasem się schodzą (wydawnictwo i kwartalnik sporadycznie publikują autorów portalu, a za czasów Tomasza Terlikowskiego, gdy portal i kwartalnik łączyła unia personalna, pismo w dużym stopniu składało się z co ciekawszych materiałów ze strony fronda.pl), czasem rozchodzą, jak wtedy, gdy właściciel wydawnictwa publikuje oświadczenie, odcinające się od części poglądów redakcji… Na wgłębianie się w to wszystko trzeba by pewnie wielu głów i godzin. Mniejsza z tym więc.
Sam kwartalnik przechodził różne koleje losu. Sam zacząłem go czytać dość późno, gdy szefem był zdaje się Marek Horodniczy, którego ekipa stworzyła później „44”. Stopniowo dokupowałem też starsze numery i w tamtych czasach pismo czytałem od deski do deski, choć było to zadanie czasochłonne, często kończyłem jeden numer, gdy w kolejce czekał już następny. Odejscie ekipy Horodniczego i powrót Górnego nic tu nie zmienił. Niestety, gdy w 2012 roku kierownictwo objął Tomasz Terlikowski, zrobiło się słabiej. Ostatniego numeru, który przygotował, już właściwie nie czytałem, czy też przeczytałem w nim dwa, trzy artykuły – nie pamiętam nawet. Potem o „Frondzie” znów było głośno, bowiem tytuł przejęła ekipa Hipster Prawicy. Nowa redakcja, kierowana przez Mateusza Matyszkowicza zapowiadała powrót do stylistyki Górnego, n co patrzyłem z życzliwym zainteresowaniem, ale też bez specjalnej wiary.
W kolejnych numerach było na pewno lepiej, niż za Terlikowskiego (co nie było trudne), choć nie był to szczyt możliwości. Ot, w numerze 70 bardzo zainteresował mnie blok o Azji (zwłaszcza – Japonii), ale po lekturze pozostał niedosyt. Po drodze sam zaczynałem dobijać się do kwartalnika z moim tekstem o chrześcijańskiej wymowie koreańskich horrorów, który finalnie ukazał się w numerze 72. O nim trudno mi coś napisać, bo nie byłbym specjalnie obiektywny.
Tymczasem dostałem niedawno bieżący, 73 numer i muszę napisać, że redakcja jest już bliska swego celu. Choć znów nie wszystko mi w tym wydaniu pasuje (chaotyczny tekst o wojnie i Marii Peszek, pewien dziwaczy artykuł socjologiczny o pokoleniach Polski powojennej, który aż prosi się o polemikę, czy za krótki i jednowymiarowy dla mnie artykuł o Grabińskim), niemniej przeczytałem wszystko. Teksty o Rosji, Śląsku, religijności Podlasia czy Warszawie Marka Nowakowskiego – to są naprawdę interesujące tropy, zaś wątki apokaliptyczne (z tak zaskakującymi przywołaniami, jak choćby „Palę Paryż” Jasieńskiego, wyjątkowy timing) zaskakujące i dające do myślenia. Dwa razy do tej samej rzeki wejść się raczej nie da, ale papierowa Fronda zdaje się wkraczać w kolejny mocny okres swego istnienia. Kibicuję więc dalej, a czasem i swoją klawiaturą wspomogę.
Sam kwartalnik przechodził różne koleje losu. Sam zacząłem go czytać dość późno, gdy szefem był zdaje się Marek Horodniczy, którego ekipa stworzyła później „44”. Stopniowo dokupowałem też starsze numery i w tamtych czasach pismo czytałem od deski do deski, choć było to zadanie czasochłonne, często kończyłem jeden numer, gdy w kolejce czekał już następny. Odejscie ekipy Horodniczego i powrót Górnego nic tu nie zmienił. Niestety, gdy w 2012 roku kierownictwo objął Tomasz Terlikowski, zrobiło się słabiej. Ostatniego numeru, który przygotował, już właściwie nie czytałem, czy też przeczytałem w nim dwa, trzy artykuły – nie pamiętam nawet. Potem o „Frondzie” znów było głośno, bowiem tytuł przejęła ekipa Hipster Prawicy. Nowa redakcja, kierowana przez Mateusza Matyszkowicza zapowiadała powrót do stylistyki Górnego, n co patrzyłem z życzliwym zainteresowaniem, ale też bez specjalnej wiary.
W kolejnych numerach było na pewno lepiej, niż za Terlikowskiego (co nie było trudne), choć nie był to szczyt możliwości. Ot, w numerze 70 bardzo zainteresował mnie blok o Azji (zwłaszcza – Japonii), ale po lekturze pozostał niedosyt. Po drodze sam zaczynałem dobijać się do kwartalnika z moim tekstem o chrześcijańskiej wymowie koreańskich horrorów, który finalnie ukazał się w numerze 72. O nim trudno mi coś napisać, bo nie byłbym specjalnie obiektywny.
Tymczasem dostałem niedawno bieżący, 73 numer i muszę napisać, że redakcja jest już bliska swego celu. Choć znów nie wszystko mi w tym wydaniu pasuje (chaotyczny tekst o wojnie i Marii Peszek, pewien dziwaczy artykuł socjologiczny o pokoleniach Polski powojennej, który aż prosi się o polemikę, czy za krótki i jednowymiarowy dla mnie artykuł o Grabińskim), niemniej przeczytałem wszystko. Teksty o Rosji, Śląsku, religijności Podlasia czy Warszawie Marka Nowakowskiego – to są naprawdę interesujące tropy, zaś wątki apokaliptyczne (z tak zaskakującymi przywołaniami, jak choćby „Palę Paryż” Jasieńskiego, wyjątkowy timing) zaskakujące i dające do myślenia. Dwa razy do tej samej rzeki wejść się raczej nie da, ale papierowa Fronda zdaje się wkraczać w kolejny mocny okres swego istnienia. Kibicuję więc dalej, a czasem i swoją klawiaturą wspomogę.
(2)