Prawo i Sprawiedliwość nie podpaliło Polski. Rozczarowało tym dziennikarzy, którzy od wyborów wzmacniali na wszystkie możliwe sposoby narrację o tej partii jako największym zagrożeniu dla demokracji w naszym kraju. Tak mocno partią tą nie straszono od wyborów w 2011 roku, a w zbiorowej histerii połączyły się autorytety III RP i powyciągane na wierzch upiory PRL w rodzaju Urbana czy Passenta. To ostatnie nie przeszkodziło krzyczeć o zawłaszczaniu przez PiS 13 grudnia, tak, jakby PiS swój marsz organizował tego dnia po raz pierwszy. Zresztą, warto może zapytać, czy mandat do wyznaczania odpowiednich sposobów świętowania tej daty ma chowający z honorami zbrodniarza Jaruzelskiego prezydent Komorowski ze swoim zapleczem politycznym, z postkomunistą Nałęczem (w PZPR do 1990 roku) na czele? - To naprawdę bardzo fajne, że dzisiaj możemy i anegdotą opowiadać tamten trudny czas, że dziś możemy śmiać się z tych zdjęć i scen – odpowiada niejako na to pytanie sam prezydent. Nie wszystkim jednak do śmiechu, niezależnie, czy patrzą na stare fotografie z Lubina i wielu innych miejsc, czy na dzisiejszą Polskę. Budzą się za to inne emocje, które jednych prowokują do coraz ostrzejszych wypowiedzi w internecie, innych do wychodzenia na ulicę, a czasem do działań na krawędzi brawury – jak okupacja siedziby PKW.
To ostatnie wydarzenie ustawiło w pewien sposób dyskusję o reakcji największej partii opozycyjnej na sfałszowanie wyborów samorządowych. Obóz rządowy zapisał je od razu na konto PiS, zaś część prawicowych krytyków zdawała się być rozczarowana zdystansowaniem się Prawa i Sprawiedliwości do działań, których twarzą stali się Ewa Stankiewicz i Grzegorz Braun. Chłodna polityczna kalkulacja (lub, jak oceniają to krytycy, zachowawczość) stanęła tu w poprzek emocji dużej części elektoratu, który – podobnie jak po 10 kwietnia – gotów był poprzeć o wiele radykalniejsze posunięcia, niż te, na które ostatecznie zdecydował się Jarosław Kaczyński. Okupacja PKW pokazała jednak, że konieczne jest wyjście poza punktowanie nadużyć drogą urzędową. Ponieważ PiS swoich zwolenników mobilizuje najmocniej dwa razy w roku – 10 kwietnia i 13 grudnia, uznano, że ta druga data będzie odpowiednia do wyrażenia sprzeciwu wobec wyborczych machlojek.
Od tego momentu rozpoczęła się nowa fala krytyki, sygnalizowana już na początku tekstu. Przewidywalny atak mediów opłacanych hojnie przez instytucje państwowe uzupełniła krytyka ze strony publicystów zatroskanych o poparcie PiS przez elektorat centrowy oraz blogerów i internautów, którzy chętnie wpadliby na marsz z własnymi kanistrami, by spełnić wizje z reżimowych publikatorów – oczywiście w jak najlepszych intencjach. Argumentem tych ostatnich, czemu trudno się zresztą dziwić, było stwierdzenie, że skoro wiemy już, że władza nie zamierza przestrzegać reguł demokracji (swoją drogą, nie jest to chyba zaskoczenie dla nikogo, poza tymi z dziennikarzy, którzy kolejny raz właśnie do rzekomego umiłowania standardów demokratycznych odwołują się dziś, apelując do sumień ludzi PO), pora wyjść poza rozwiązania przez nie przewidziane. Inni, najwyraźniej wciąż wierzący w możliwość przejęcia władzy w wyborach, liczyli do tej pory na wsparcie PiS przez osoby, które dopiero przy okazji ostatnich głosowań zobaczyły, że system zarządzany przez koalicję PO-PSL stał się całkowicie niewydolny. Ten elektorat miałby poprzeć Jarosława Kaczyńskiego, jeśli po drodze nie przestraszyłby się radykalizmu. Tymczasem miało stać się inaczej, o czym pisał Łukasz Warzecha: Jarosław Kaczyński postanowił pójść na całość, określając w Sejmie wybory wprost jako sfałszowane. Niestety, w ten sposób prawdopodobnie przekreślił możliwość przeciągnięcia sporej grupy wyborców umiarkowanych, mających wątpliwości co do rzetelności wyborów, na swoją stronę. Lub przynajmniej wzbudzenia w nich wątpliwości co do jakości systemu politycznego, firmowanego przez PO i PSL. (…)Pierwotnie marsz 13 grudnia miał się odbyć pod hasłem protestu przeciwko wyborczym malwersacjom, nieprawidłowościom i dyletanctwu PKW. Pod takimi hasłami miał szansę zgromadzić ludzi na co dzień nie sympatyzujących z PiS. Marsz pod hasłem protestu przeciwko wyborom „sfałszowanym” zbierze zapewne tylko twardych zwolenników partii Kaczyńskiego. Szkoda.
13 grudnia nie potwierdził obaw zwolenników spokojniejszej retoryki, nie spełnił też oczekiwań radykalniejszych wyborców. Przez chłodne, delikatnie skrapiane deszczem miasto przeszedł godnie i spokojnie. Przede wszystkim zaś bardzo licznie. I choć wieczorem niektórzy uczestnicy sprawiali wrażenie zawiedzionych pozornym brakiem radykalizmu imprezy, należy uznać ją za sukces większy nawet, niż ten rozpatrywany tylko w kategoriach frekwencji i mobilizacji. Kilka dni temu na łamach GPC Jakub Pilarek pisał, że masowe demonstracje w Polsce pozbawione są rewolucyjnego potencjału, a przez to ich żywot medialny jest bardzo krótki. To prawda, zwróćmy jednak uwagę na to, co działo się w ostatnich tygodniach. Od wyborów samorządowych, które pokazały, że PiS zaczyna zdobywać nowych wyborców, zarówno wśród młodzieży, jak – w niewielkim stopniu, a jednak, po raz pierwszy od wielu lat – wśród osób głosujących wcześniej na PO, starano się przedstawiać tę partię jako zagrożenie dla publicznego spokoju. W okolicach rocznicy stanu wojennego starszym widzom przypomnieć się musiała poprzedzająca jego wprowadzenie propaganda i jej apologeci. Gdyby na sobotniej demonstracji doszło do jakiegokolwiek aktu przemocy, choćby tylko wobec mienia miejskiego, moglibyśmy być pewni, że faktycznie żywot medialny tego wydarzenia byłby bardzo długi. Spotkałem się z opinią, że marsz zrobiony został „pod media”. Zważywszy na ich oczekiwania, był on jednak zorganizowany raczej „przeciwko mediom”.
Również dla władzy ten niosący prawie wyłącznie flagi i róże w dwóch kolorach tłum był niespodzianką o wiele bardziej przykrą niż jakakolwiek latająca kostka brukowa, rzucona w Alejach Ujazdowskich. Liczebnością i sprawną organizacją Prawo i Sprawiedliwość pokazało, że nadal jest jedyną znaczącą siłą, mogącą stanąć na czele społecznego protestu. Obserwując marsz jako jego uczestnik nie odniosłem wrażenia, bym dookoła siebie miał wyłącznie żelazny elektorat PiS, którego spodziewał się Łukasz Warzecha. Zarejestrowałem za to pełen przekrój wiekowy, społeczny i emocjonalny – od patriotycznego uniesienia, przez milczące uczestnictwo do radości z robienia czegoś w słusznej sprawie w gronie rodziny czy przyjaciół. Widziałem marsz, który wciąż ma potencjał przyciągania nowych uczestników. W tym ostatnim pomogła mu zresztą wściekła nagonka mediów. Sporo osób zdecydowało się pójść w ten dość ciepły, lecz jednak zimowy dzień, w proteście nie tylko przeciw nadużyciom wyborczym, lecz również w kontrze do medialnej histerii.
Wiele razy ostrzegałem przed fałszywym optymizmem, wyrażającym się na prawicowych portalach entuzjastycznym przyjmowaniem każdego procenta, zyskanego w sondażach. Skrajny pesymizm jest równie złym doradcą, ponieważ idzie za nim zniechęcenie i marazm. Oczywiście jeden marsz, nawet bardzo udany, niczego jeszcze nie zmienia. Ostatnie tygodnie znów pokazały, że zwycięstwo o kilka punktów procentowych nie wystarczy, by przejąć władzę w Polsce. PiS wraz ze współpracującymi ugrupowaniami prawicy zdobyć musi większość umożliwiającą samodzielne rządy. Grudniowy marsz nie oddalił tej perspektywy. Wbrew życzliwym i nieżyczliwym krytykom pokazał, że przy utrzymaniu mobilizacji i dalszych nakładach pracy pozostaje to możliwe. Wybory samorządowe były dużym krokiem w kierunku odzyskania władzy. Rozpaczliwa i brutalna obrona status quo przez koalicję rządzącą i obóz prezydencki częściowo odebrało PiS zwycięstwo, jednak marsz 13 grudnia to dobry początek w dziele odrabiania strat. Teraz pora na przypominanie pozytywnego programu partii, mocne i wyraźne punktowanie Platformy, wreszcie promowanie Andrzeja Dudy jako alternatywy dla Bronisława Komorowskiego. Marsz dopiero się rozpoczyna.
Tekst opublikowany we wczorajszym wydaniu Gazety Polskiej Codziennie. Domyślam się, że część z Państwa chciałaby po jego lekturze zadać mi pytanie "I co z tego, skoro i tak sfałszują wybory?". Pytanie jest zasadne, postaram się odpowiedzieć na nie przed końcem roku.
To ostatnie wydarzenie ustawiło w pewien sposób dyskusję o reakcji największej partii opozycyjnej na sfałszowanie wyborów samorządowych. Obóz rządowy zapisał je od razu na konto PiS, zaś część prawicowych krytyków zdawała się być rozczarowana zdystansowaniem się Prawa i Sprawiedliwości do działań, których twarzą stali się Ewa Stankiewicz i Grzegorz Braun. Chłodna polityczna kalkulacja (lub, jak oceniają to krytycy, zachowawczość) stanęła tu w poprzek emocji dużej części elektoratu, który – podobnie jak po 10 kwietnia – gotów był poprzeć o wiele radykalniejsze posunięcia, niż te, na które ostatecznie zdecydował się Jarosław Kaczyński. Okupacja PKW pokazała jednak, że konieczne jest wyjście poza punktowanie nadużyć drogą urzędową. Ponieważ PiS swoich zwolenników mobilizuje najmocniej dwa razy w roku – 10 kwietnia i 13 grudnia, uznano, że ta druga data będzie odpowiednia do wyrażenia sprzeciwu wobec wyborczych machlojek.
Od tego momentu rozpoczęła się nowa fala krytyki, sygnalizowana już na początku tekstu. Przewidywalny atak mediów opłacanych hojnie przez instytucje państwowe uzupełniła krytyka ze strony publicystów zatroskanych o poparcie PiS przez elektorat centrowy oraz blogerów i internautów, którzy chętnie wpadliby na marsz z własnymi kanistrami, by spełnić wizje z reżimowych publikatorów – oczywiście w jak najlepszych intencjach. Argumentem tych ostatnich, czemu trudno się zresztą dziwić, było stwierdzenie, że skoro wiemy już, że władza nie zamierza przestrzegać reguł demokracji (swoją drogą, nie jest to chyba zaskoczenie dla nikogo, poza tymi z dziennikarzy, którzy kolejny raz właśnie do rzekomego umiłowania standardów demokratycznych odwołują się dziś, apelując do sumień ludzi PO), pora wyjść poza rozwiązania przez nie przewidziane. Inni, najwyraźniej wciąż wierzący w możliwość przejęcia władzy w wyborach, liczyli do tej pory na wsparcie PiS przez osoby, które dopiero przy okazji ostatnich głosowań zobaczyły, że system zarządzany przez koalicję PO-PSL stał się całkowicie niewydolny. Ten elektorat miałby poprzeć Jarosława Kaczyńskiego, jeśli po drodze nie przestraszyłby się radykalizmu. Tymczasem miało stać się inaczej, o czym pisał Łukasz Warzecha: Jarosław Kaczyński postanowił pójść na całość, określając w Sejmie wybory wprost jako sfałszowane. Niestety, w ten sposób prawdopodobnie przekreślił możliwość przeciągnięcia sporej grupy wyborców umiarkowanych, mających wątpliwości co do rzetelności wyborów, na swoją stronę. Lub przynajmniej wzbudzenia w nich wątpliwości co do jakości systemu politycznego, firmowanego przez PO i PSL. (…)Pierwotnie marsz 13 grudnia miał się odbyć pod hasłem protestu przeciwko wyborczym malwersacjom, nieprawidłowościom i dyletanctwu PKW. Pod takimi hasłami miał szansę zgromadzić ludzi na co dzień nie sympatyzujących z PiS. Marsz pod hasłem protestu przeciwko wyborom „sfałszowanym” zbierze zapewne tylko twardych zwolenników partii Kaczyńskiego. Szkoda.
13 grudnia nie potwierdził obaw zwolenników spokojniejszej retoryki, nie spełnił też oczekiwań radykalniejszych wyborców. Przez chłodne, delikatnie skrapiane deszczem miasto przeszedł godnie i spokojnie. Przede wszystkim zaś bardzo licznie. I choć wieczorem niektórzy uczestnicy sprawiali wrażenie zawiedzionych pozornym brakiem radykalizmu imprezy, należy uznać ją za sukces większy nawet, niż ten rozpatrywany tylko w kategoriach frekwencji i mobilizacji. Kilka dni temu na łamach GPC Jakub Pilarek pisał, że masowe demonstracje w Polsce pozbawione są rewolucyjnego potencjału, a przez to ich żywot medialny jest bardzo krótki. To prawda, zwróćmy jednak uwagę na to, co działo się w ostatnich tygodniach. Od wyborów samorządowych, które pokazały, że PiS zaczyna zdobywać nowych wyborców, zarówno wśród młodzieży, jak – w niewielkim stopniu, a jednak, po raz pierwszy od wielu lat – wśród osób głosujących wcześniej na PO, starano się przedstawiać tę partię jako zagrożenie dla publicznego spokoju. W okolicach rocznicy stanu wojennego starszym widzom przypomnieć się musiała poprzedzająca jego wprowadzenie propaganda i jej apologeci. Gdyby na sobotniej demonstracji doszło do jakiegokolwiek aktu przemocy, choćby tylko wobec mienia miejskiego, moglibyśmy być pewni, że faktycznie żywot medialny tego wydarzenia byłby bardzo długi. Spotkałem się z opinią, że marsz zrobiony został „pod media”. Zważywszy na ich oczekiwania, był on jednak zorganizowany raczej „przeciwko mediom”.
Również dla władzy ten niosący prawie wyłącznie flagi i róże w dwóch kolorach tłum był niespodzianką o wiele bardziej przykrą niż jakakolwiek latająca kostka brukowa, rzucona w Alejach Ujazdowskich. Liczebnością i sprawną organizacją Prawo i Sprawiedliwość pokazało, że nadal jest jedyną znaczącą siłą, mogącą stanąć na czele społecznego protestu. Obserwując marsz jako jego uczestnik nie odniosłem wrażenia, bym dookoła siebie miał wyłącznie żelazny elektorat PiS, którego spodziewał się Łukasz Warzecha. Zarejestrowałem za to pełen przekrój wiekowy, społeczny i emocjonalny – od patriotycznego uniesienia, przez milczące uczestnictwo do radości z robienia czegoś w słusznej sprawie w gronie rodziny czy przyjaciół. Widziałem marsz, który wciąż ma potencjał przyciągania nowych uczestników. W tym ostatnim pomogła mu zresztą wściekła nagonka mediów. Sporo osób zdecydowało się pójść w ten dość ciepły, lecz jednak zimowy dzień, w proteście nie tylko przeciw nadużyciom wyborczym, lecz również w kontrze do medialnej histerii.
Wiele razy ostrzegałem przed fałszywym optymizmem, wyrażającym się na prawicowych portalach entuzjastycznym przyjmowaniem każdego procenta, zyskanego w sondażach. Skrajny pesymizm jest równie złym doradcą, ponieważ idzie za nim zniechęcenie i marazm. Oczywiście jeden marsz, nawet bardzo udany, niczego jeszcze nie zmienia. Ostatnie tygodnie znów pokazały, że zwycięstwo o kilka punktów procentowych nie wystarczy, by przejąć władzę w Polsce. PiS wraz ze współpracującymi ugrupowaniami prawicy zdobyć musi większość umożliwiającą samodzielne rządy. Grudniowy marsz nie oddalił tej perspektywy. Wbrew życzliwym i nieżyczliwym krytykom pokazał, że przy utrzymaniu mobilizacji i dalszych nakładach pracy pozostaje to możliwe. Wybory samorządowe były dużym krokiem w kierunku odzyskania władzy. Rozpaczliwa i brutalna obrona status quo przez koalicję rządzącą i obóz prezydencki częściowo odebrało PiS zwycięstwo, jednak marsz 13 grudnia to dobry początek w dziele odrabiania strat. Teraz pora na przypominanie pozytywnego programu partii, mocne i wyraźne punktowanie Platformy, wreszcie promowanie Andrzeja Dudy jako alternatywy dla Bronisława Komorowskiego. Marsz dopiero się rozpoczyna.
Tekst opublikowany we wczorajszym wydaniu Gazety Polskiej Codziennie. Domyślam się, że część z Państwa chciałaby po jego lekturze zadać mi pytanie "I co z tego, skoro i tak sfałszują wybory?". Pytanie jest zasadne, postaram się odpowiedzieć na nie przed końcem roku.
(5)
6 Comments
Budyń
19 December, 2014 - 09:48
Pozdrawiam.
@boldandcharm
19 December, 2014 - 09:52
Ale aktualnie wszyscy sypią się po głowach popiołem, za kolację pani profesor Pawłowicz.
Polficu
19 December, 2014 - 10:32
Czy może byc mniej wybrednie? Otóz może. Zdarzały sie kurczaki zyjace bez łbów.
http://pl.wikipedia.org/wiki/Bezg%C5%82owy_kurczak_Mike
Pozdrawiam.
@boldandcharm
19 December, 2014 - 10:41
Były psy, u których Pawłowowi w żaden sposób nie udało się wywołać odruchów warunkowych - chwała pojęciu wolności.
Młodzi na demonstracji
19 December, 2014 - 11:59
Chłopaki powiedzieli: Już za 5 lat my też będziemy głosować!
Kto pamięta czasy 1
20 December, 2014 - 00:20