
Po wyborach Bronisław Komorowski postanowił dać się poznać od zupełnie nowej strony. Rozpoczął od ogłoszenia, że jest zwolennikiem JOW i wielce ceni sobie referenda. Ogłosił referendum w tej sprawie, przy czym szybko okazało się, że nie kłopotał się zgodnością całej procedury z konstytucją. Co więcej, pytanie o jednomandatowe okręgi wyborcze i drugie, o finansowanie partii z budżetu, uzupełnił trzecim, o rozstrzyganiu wątpliwości podatkowych na rzecz podatnika. Tymczasem rozwiązanie to zostało już przyjęte, więc o ile pierwszy punkt referendum jest niekonstytucyjny, o tyle trzeci – po prostu bezprzedmiotowy. Drugi, korupcjogenny i sprzyjający wyłącznie partiom (a w polskich realiach – partii) zblatowanym z biznesem, idealnie uzupełnia pozostałe. Komorowski jednak niewiarygodny jest nie tylko jako zwolennik JOW, lecz przede wszystkim jako fan referendów. To w jego pałacu kilka lat trwają prace nad ustawa samorządową, praktycznie uniemożliwiającą odwołanie lokalnych władz w tej formie głosowania obywatelskiego. Wśród wielu przeciwników tych zmian bardzo aktywny był... Paweł Kukiz, który na pewno doskonale pamięta to pole konfliktu z Komorowskim. W szykowanych przepisach chodziło o to, by podnieść progi frekwencyjne, decydujące o ważności referendum do wysokości frekwencji z wyborów, w jakich powołany został dany organ władzy. Tymczasem już dziś, przy o wiele niższych wymogach, jedynie co dziesiąte tego typu glosowanie zostaje uznane za ważne. To właśnie z tymi pracami część ekspertów wiązała ochocze poparcie Komorowskiego przez włodarzy miast – ostatecznie to przecież ten prezydent chciał uczynić ich praktycznie nieusuwalnymi, przynajmniej w trakcie kadencji.
W ugruntowaniu nowego wizerunku, mającego porwać wyborców Kukiza i elektorat niezdecydowany pomóc miały spacery po mieście, podczas których prezydent brata się z ludem i przyjmuje oznaki jego miłości. Dopóki otaczały go panienki z młodzieżówki i wycieczki szkolne, w których prawa wyborcze mieli chyba tylko ich opiekunowie, wszystko szło zgodnie z planem. Posypał się on jednak, gdy podchodzić zaczęli ludzie z prawdziwymi problemami. Zderzenie tych dwóch światów najmocniej obrazuje mina Kingi Gajewskiej, ładnej dziewczyny szefującej mazowieckim Młodych Demokratom, o której pierwszy raz usłyszeliśmy, gdy zaintonowała “100 lat” dla Donalda Tuska w studiu Tomasza Lisa. Na większości zdjęć Gajewska jest szeroko uśmiechnięta, krzywi się jednak z obrzydzeniem na widok inwalidki, która część drogi przeszła z prezydenckim korowodem, w dość głośny sposób domagając się pochylenia nad problemami jej grupy społecznej. Przy okazji rozmowy internet odkrył najpierw, że Komorowski za plecami (w sensie dosłownym) ma suflerkę, później wydobyto na jaw jej dwuznaczną etycznie działalność naukową i związki z firmą, remontującą Tupolewa, którym Lech Kaczyński udał się w ostatnią drogę do Smoleńska.
Dzień później nastąpił kontratak sztabu prezydenta. Kolejny raz okazało się, że otoczenie Komorowskiego nie jest w stanie wypracować spójnej strategii działania. Zamiast pochylić się nad problemami, poruszanymi przez rozmówców z ulicy, przeprowadzono na nich atak tak, jakby bezrobocie i brak perspektyw były przypisane do jednej opcji politycznej. Dodatkowo, być może celowo, pomylono osoby– we wtorek i środę Komorowskiemu zadawał trudne pytania inny chłopak, tymczasem wszystkie kwestie przypisano Ziemowitowi Kossakowskiemu, niedoszłemu radnemu PiS. O kobiecie na wózku zaczęto mówić jako o bywalczyni pisowskich konwencji, choć szybko okazało się, że, w dość zamierzchłych czasach, kandydowała do sejmiku z list PO.
Spacery dostarczyły powietrza prezydentowi i działaczom młodzieżówki, jednak nie pozwoliły złapać oddechu kampanii. Kolejnym impulsem miało być nowe hasło, ogłoszone podczas spotkania w Łodzi. A jednak słowa “Prezydent naszej wolności” okazały się nadęte i niezrozumiałe. Ani bowiem Komorowski nie jest ojcem naszej kulawej wolności, ani też trudno go uznać za jej gwaranta. Reakcja twittera była jednoznaczna – prezydent zwraca się do osób które po zmianie władzy mogą stracić parasol ochronny ze strony służb czy wymiaru sprawiedliwości. W licznych wpisach i grafikach hasło uzupełniono zdjęciami takich postaci, jak generałowie Jaruzelski i Kiszczak
Andrzej Duda kampanię prowadzi sprawdzonym sposobem, który pozwolił mu uzyskać wygraną w pierwszej turze i sporą sympatię dużej części Polaków. Bronisław Komorowski zachowuje się natomiast chaotycznie, próbując równocześnie grać kilka niespójnych ze sobą ról. Według części publicystów przełamaniem złej passy miał być rzekomo spontaniczny film, w którym dzieci prezydenta przedstawiają się jako fajna, ciepła i skromna rodzina, namawiająca, by głosować na tatę. Niestety w pewnym momencie głos przejmuje w nim syn, Tadeusz Komorowski, który nie pierwszy raz pojawia się w materiale filmowym, dostępnym w internecie. Inne nagrania, w których pojawia się młody Komorowski prowokują pytania o działalność i powiązania firmy, dla której pracuje. Rzekomo bijący rekordy popularności spot pojawia się co prawda w pierwszej piątce najczęściej oglądanych w ostatnich dniach filmów na polskim Youtube, jednak towarzyszące mu trzy filmy krytyczne wobec Komorowskiego miały o wiele więcej odsłon. I choć jako reklamę nadaje go bardzo często telewizja, jest to spóźniony ruch. Pokazanie dzieci jest skuteczne, gdy wyborcy się wahają. Na obecnym etapie Bronisław Komorowski ma przeciw sobie większość, zaś niechęć ta przenosi się również na dzieci, przynosząc efekt odwrotny do zamierzonego. Widać było to choćby w komentarzach na plotkarskim serwisie Pudelek, gdzie większość czytelników zareagowała na tę reklamówkę bardzo źle.
Gdy w sobotę europoseł PiS Janusz Wojciechowski padł ofiarą twitterowego ograniczenia tekstu do 140 znaków i napisał niefortunne zdanie o tym, że w odróżnieniu od kur prezydenta trzeba trzymać w klatce, wydawało się, że mediom i politykom PP trafiła się wymarzona okazja do zaatakowania bliskiego współpracownika Andrzeja Dudy. Choć Wojciechowski wyjaśnił, że chodziło mu o pałac prezydencki jako złotą klatkę, wypowiedź przez część sympatyków PiS została odebrana jako niezręczna, zaś media wykorzystały ją do walenia w znienawidzoną partię. Tymczasem z nieoczekiwaną odsieczą przyszła młodzieżówka Platformy, urządzając nieudany happening. Kilkoro młodych ludzi zamknęło się w klatkach, trzymając w rękach kartki z rzekomym powodem uwięzienia „Zrobiłam in vitro”, „Nie słucham Radia Maryja itd.”. Akcja ta została wzbudziła raczej wesołość i rozbroiła, wbrew intencjom organizatorów, potencjalną bombę miast nagłośnić jej wybuch.
Największy oczekiwany przełom bądź kluczowe potwierdzenie tendencji miała przynieść debata, jaką w niedzielny wieczór zorganizowały wspólnie TVP i Polsat. Wygląda na to, że nie doszło do żadnego gwałtownego zwrotu akcji. Komentatorzy, którzy w każdej sytuacji dostrzegają wygraną Komorowskiego, ogłosili ją i tym razem, sympatycy Dudy i wyborcy niezdecydowani są natomiast podzieleni. Prezydent wypadł bowiem powyżej – wyjątkowo niskich po fatalnej dotychczasowej kampanii – oczekiwań, jego kontrkandydat natomiast trochę poniżej, co dla niektórych równa się porażce, bądź remisowi ze wskazaniem na PBK. Trudno mi jednak zgodzić się z tą opinią. Po pierwsze Andrzej Duda najpewniej wypadł w tych dziedzinach, które najbardziej dotykają zwykłych ludzi, takich jak służba zdrowia czy górnictwo. Po drugie Bronisław Komorowski raczej nie zrobił dobrego wrażenia na widzach, którzy nie zaufali mu w pierwszej turze, przedstawiając głośną i chwilami arogancką obronę III RP. Prezydent Dudzie przerywał, strofował go i pouczał, a czasem po prostu faulował, odwołując się do nieistniejących opinii. Oskarżany o brak kreatywności Komorowski samodzielnie wymyślił cytaty i poglądy Andrzeja Dudy i Magdaleny Żuraw, z którymi polemizował. Reklamował przy tym portal internetowy, prowadzony przez stowarzyszenie, w którego zarządzie zasiada jego córka, Zofia. To kolejny strzał w stopę, w poniedziałek bowiem internauci zaczęli analizować źródła finansowania rzekomo niezależnej strony (a są wśród nich takie podmioty, jak Bank Światowy czy Fundacja Batorego), jej autorzy zaś zaczęli chaotycznie usuwać zawartość.
Pierwsza tura wyborów okazała się plebiscytem przeciwko arogancji i samozadowoleniu władz. Trudno więc brać poważnie głosy tych komentatorów, którzy twierdzą, że pokazując te cechy, Komorowski wygrał bezpośrednie starcie z Dudą. Potwierdzają to pierwsze wyniki ankiet na największych portalach, wskazujące na wygraną kandydata PiS, najczęściej w proporcjach oscylujących wokół 55 do 45 dla Andrzeja Dudy. Kuriozalnie wygląda strona „Faktu”, gdzie pod artykułem, mówiącym o wygranej prezydenta znajduje się sonda, w której inne zdanie deklaruje jak na razie ¾ respondentów.
Jeśli czegoś zabrakło w wypowiedziach Dudy, to choćby oczywistego stwierdzenia, że najwięcej osób wyjechało z Polski w czasach rządów PiS, ponieważ był to pierwszy moment, gdy po wejściu do Unii zyskało taką możliwość. Z ciekawego pytania o słowa „naród sprawców” część widzów usłyszała i zapamiętała tylko słowo Jedwabne, natomiast zamiast poruszać kwestię milicjanta z PRL lepiej chyba byłoby przypomnieć Komorowskiemu sprawę Szeremietiewa i obietnicę wycofania się z polityki w przypadku oczyszczenia go z zarzutów.
Nadchodzący tydzień przyniesie jeszcze jedną debatę, wcześniej jednak Komorowski dostanie darmowy czas antenowy w audycji Kuby Wojewódzkiego. Podstarzały skandalista liczy zapewne na to, że mocą swojego autorytetu przekona do urzędującego prezydenta wyborców Pawła Kukiza, który sam nie kwapi się do przekazania nikomu poparcia. Aby ten plan się nie powiódł najwięcej zrobił dotąd sam Komorowski. Nie zmienia to faktu, że Andrzej Duda będzie musiał o wiele lepiej wypaść we wrogim otoczeniu kolejnej debaty. Wbrew pozorom nie jest to niemożliwe. Oprócz kandydata opozycji kolejny potężny wysiłek kilka dni później czeka na osoby, zajmujące się kontrolą wyborów. Ponieważ szanse kandydatów po pierwszej turze mogą wydawać się wyrównane, dojść może do niejednego cudu nad urną. Im silniejsza będzie społeczna presja na uczciwe liczenie głosów, tym lepiej.
Tekst ukazał się we wczorajszym wydaniu Gazety Polskiej Codziennie. Pisany był w weekend i poniedziałem rano, więc przed programem Tomasza Lisa. Ma więc charakter historyczny ;)
W ugruntowaniu nowego wizerunku, mającego porwać wyborców Kukiza i elektorat niezdecydowany pomóc miały spacery po mieście, podczas których prezydent brata się z ludem i przyjmuje oznaki jego miłości. Dopóki otaczały go panienki z młodzieżówki i wycieczki szkolne, w których prawa wyborcze mieli chyba tylko ich opiekunowie, wszystko szło zgodnie z planem. Posypał się on jednak, gdy podchodzić zaczęli ludzie z prawdziwymi problemami. Zderzenie tych dwóch światów najmocniej obrazuje mina Kingi Gajewskiej, ładnej dziewczyny szefującej mazowieckim Młodych Demokratom, o której pierwszy raz usłyszeliśmy, gdy zaintonowała “100 lat” dla Donalda Tuska w studiu Tomasza Lisa. Na większości zdjęć Gajewska jest szeroko uśmiechnięta, krzywi się jednak z obrzydzeniem na widok inwalidki, która część drogi przeszła z prezydenckim korowodem, w dość głośny sposób domagając się pochylenia nad problemami jej grupy społecznej. Przy okazji rozmowy internet odkrył najpierw, że Komorowski za plecami (w sensie dosłownym) ma suflerkę, później wydobyto na jaw jej dwuznaczną etycznie działalność naukową i związki z firmą, remontującą Tupolewa, którym Lech Kaczyński udał się w ostatnią drogę do Smoleńska.
Dzień później nastąpił kontratak sztabu prezydenta. Kolejny raz okazało się, że otoczenie Komorowskiego nie jest w stanie wypracować spójnej strategii działania. Zamiast pochylić się nad problemami, poruszanymi przez rozmówców z ulicy, przeprowadzono na nich atak tak, jakby bezrobocie i brak perspektyw były przypisane do jednej opcji politycznej. Dodatkowo, być może celowo, pomylono osoby– we wtorek i środę Komorowskiemu zadawał trudne pytania inny chłopak, tymczasem wszystkie kwestie przypisano Ziemowitowi Kossakowskiemu, niedoszłemu radnemu PiS. O kobiecie na wózku zaczęto mówić jako o bywalczyni pisowskich konwencji, choć szybko okazało się, że, w dość zamierzchłych czasach, kandydowała do sejmiku z list PO.
Spacery dostarczyły powietrza prezydentowi i działaczom młodzieżówki, jednak nie pozwoliły złapać oddechu kampanii. Kolejnym impulsem miało być nowe hasło, ogłoszone podczas spotkania w Łodzi. A jednak słowa “Prezydent naszej wolności” okazały się nadęte i niezrozumiałe. Ani bowiem Komorowski nie jest ojcem naszej kulawej wolności, ani też trudno go uznać za jej gwaranta. Reakcja twittera była jednoznaczna – prezydent zwraca się do osób które po zmianie władzy mogą stracić parasol ochronny ze strony służb czy wymiaru sprawiedliwości. W licznych wpisach i grafikach hasło uzupełniono zdjęciami takich postaci, jak generałowie Jaruzelski i Kiszczak
Andrzej Duda kampanię prowadzi sprawdzonym sposobem, który pozwolił mu uzyskać wygraną w pierwszej turze i sporą sympatię dużej części Polaków. Bronisław Komorowski zachowuje się natomiast chaotycznie, próbując równocześnie grać kilka niespójnych ze sobą ról. Według części publicystów przełamaniem złej passy miał być rzekomo spontaniczny film, w którym dzieci prezydenta przedstawiają się jako fajna, ciepła i skromna rodzina, namawiająca, by głosować na tatę. Niestety w pewnym momencie głos przejmuje w nim syn, Tadeusz Komorowski, który nie pierwszy raz pojawia się w materiale filmowym, dostępnym w internecie. Inne nagrania, w których pojawia się młody Komorowski prowokują pytania o działalność i powiązania firmy, dla której pracuje. Rzekomo bijący rekordy popularności spot pojawia się co prawda w pierwszej piątce najczęściej oglądanych w ostatnich dniach filmów na polskim Youtube, jednak towarzyszące mu trzy filmy krytyczne wobec Komorowskiego miały o wiele więcej odsłon. I choć jako reklamę nadaje go bardzo często telewizja, jest to spóźniony ruch. Pokazanie dzieci jest skuteczne, gdy wyborcy się wahają. Na obecnym etapie Bronisław Komorowski ma przeciw sobie większość, zaś niechęć ta przenosi się również na dzieci, przynosząc efekt odwrotny do zamierzonego. Widać było to choćby w komentarzach na plotkarskim serwisie Pudelek, gdzie większość czytelników zareagowała na tę reklamówkę bardzo źle.
Gdy w sobotę europoseł PiS Janusz Wojciechowski padł ofiarą twitterowego ograniczenia tekstu do 140 znaków i napisał niefortunne zdanie o tym, że w odróżnieniu od kur prezydenta trzeba trzymać w klatce, wydawało się, że mediom i politykom PP trafiła się wymarzona okazja do zaatakowania bliskiego współpracownika Andrzeja Dudy. Choć Wojciechowski wyjaśnił, że chodziło mu o pałac prezydencki jako złotą klatkę, wypowiedź przez część sympatyków PiS została odebrana jako niezręczna, zaś media wykorzystały ją do walenia w znienawidzoną partię. Tymczasem z nieoczekiwaną odsieczą przyszła młodzieżówka Platformy, urządzając nieudany happening. Kilkoro młodych ludzi zamknęło się w klatkach, trzymając w rękach kartki z rzekomym powodem uwięzienia „Zrobiłam in vitro”, „Nie słucham Radia Maryja itd.”. Akcja ta została wzbudziła raczej wesołość i rozbroiła, wbrew intencjom organizatorów, potencjalną bombę miast nagłośnić jej wybuch.
Największy oczekiwany przełom bądź kluczowe potwierdzenie tendencji miała przynieść debata, jaką w niedzielny wieczór zorganizowały wspólnie TVP i Polsat. Wygląda na to, że nie doszło do żadnego gwałtownego zwrotu akcji. Komentatorzy, którzy w każdej sytuacji dostrzegają wygraną Komorowskiego, ogłosili ją i tym razem, sympatycy Dudy i wyborcy niezdecydowani są natomiast podzieleni. Prezydent wypadł bowiem powyżej – wyjątkowo niskich po fatalnej dotychczasowej kampanii – oczekiwań, jego kontrkandydat natomiast trochę poniżej, co dla niektórych równa się porażce, bądź remisowi ze wskazaniem na PBK. Trudno mi jednak zgodzić się z tą opinią. Po pierwsze Andrzej Duda najpewniej wypadł w tych dziedzinach, które najbardziej dotykają zwykłych ludzi, takich jak służba zdrowia czy górnictwo. Po drugie Bronisław Komorowski raczej nie zrobił dobrego wrażenia na widzach, którzy nie zaufali mu w pierwszej turze, przedstawiając głośną i chwilami arogancką obronę III RP. Prezydent Dudzie przerywał, strofował go i pouczał, a czasem po prostu faulował, odwołując się do nieistniejących opinii. Oskarżany o brak kreatywności Komorowski samodzielnie wymyślił cytaty i poglądy Andrzeja Dudy i Magdaleny Żuraw, z którymi polemizował. Reklamował przy tym portal internetowy, prowadzony przez stowarzyszenie, w którego zarządzie zasiada jego córka, Zofia. To kolejny strzał w stopę, w poniedziałek bowiem internauci zaczęli analizować źródła finansowania rzekomo niezależnej strony (a są wśród nich takie podmioty, jak Bank Światowy czy Fundacja Batorego), jej autorzy zaś zaczęli chaotycznie usuwać zawartość.
Pierwsza tura wyborów okazała się plebiscytem przeciwko arogancji i samozadowoleniu władz. Trudno więc brać poważnie głosy tych komentatorów, którzy twierdzą, że pokazując te cechy, Komorowski wygrał bezpośrednie starcie z Dudą. Potwierdzają to pierwsze wyniki ankiet na największych portalach, wskazujące na wygraną kandydata PiS, najczęściej w proporcjach oscylujących wokół 55 do 45 dla Andrzeja Dudy. Kuriozalnie wygląda strona „Faktu”, gdzie pod artykułem, mówiącym o wygranej prezydenta znajduje się sonda, w której inne zdanie deklaruje jak na razie ¾ respondentów.
Jeśli czegoś zabrakło w wypowiedziach Dudy, to choćby oczywistego stwierdzenia, że najwięcej osób wyjechało z Polski w czasach rządów PiS, ponieważ był to pierwszy moment, gdy po wejściu do Unii zyskało taką możliwość. Z ciekawego pytania o słowa „naród sprawców” część widzów usłyszała i zapamiętała tylko słowo Jedwabne, natomiast zamiast poruszać kwestię milicjanta z PRL lepiej chyba byłoby przypomnieć Komorowskiemu sprawę Szeremietiewa i obietnicę wycofania się z polityki w przypadku oczyszczenia go z zarzutów.
Nadchodzący tydzień przyniesie jeszcze jedną debatę, wcześniej jednak Komorowski dostanie darmowy czas antenowy w audycji Kuby Wojewódzkiego. Podstarzały skandalista liczy zapewne na to, że mocą swojego autorytetu przekona do urzędującego prezydenta wyborców Pawła Kukiza, który sam nie kwapi się do przekazania nikomu poparcia. Aby ten plan się nie powiódł najwięcej zrobił dotąd sam Komorowski. Nie zmienia to faktu, że Andrzej Duda będzie musiał o wiele lepiej wypaść we wrogim otoczeniu kolejnej debaty. Wbrew pozorom nie jest to niemożliwe. Oprócz kandydata opozycji kolejny potężny wysiłek kilka dni później czeka na osoby, zajmujące się kontrolą wyborów. Ponieważ szanse kandydatów po pierwszej turze mogą wydawać się wyrównane, dojść może do niejednego cudu nad urną. Im silniejsza będzie społeczna presja na uczciwe liczenie głosów, tym lepiej.
Tekst ukazał się we wczorajszym wydaniu Gazety Polskiej Codziennie. Pisany był w weekend i poniedziałem rano, więc przed programem Tomasza Lisa. Ma więc charakter historyczny ;)
(2)
1 Comments
@Budyń
21 May, 2015 - 11:05