
Powyborczy tydzień w TVP to przede wszystkim fetowanie Platformy i propaganda związana z objęciem przez Donalda Tuska stanowiska szefa Rady Europy. W poniedziałek, o 19:30 w migawce, nadawanej zawsze przed czołówką, widzieliśmy triumfalne wejście Tuska do nowego urzędu. Głośna muzyka ledwie zagłuszyła chlupot wazeliny. „O mój Boże” – rozpoczyna Piotr Kraśko i choć mówi, że cytuje premiera, nie mamy pewności, czy po prostu się do niego w ten sposób nie zwraca. Choć to dzień po ważnych – i przecież korzystnych tym razem dla PO –wyborach, program nadawany jest z Brukseli. Dopiero po laurce Kamila Dzióbki podsumowanie drugiej tury wyborów samorządowych. W materiale Justyny Dobrosz-Oracz pełno co prawda scen entuzjazmu działaczy Platformy, nie brak jednak informacji o poprawie rezultatów PiS, lepszym od spodziewanego warszawskim wyniku Jacka Sasina i wrocławskich kłopotach Rafała Dutkiewicza. W tym ostatnim wypadku, zgodnie z obyczajami panującymi w tej audycji, zabrakło jakiejkolwiek wzmianki o przyczynach spadku popularności do niedawna bezkonkurencyjnego prezydenta Wrocławia. O ile jednak 1 grudnia Dobrosz-Oracz zachowała pozory obiektywizmu, o tyle dwa dni później skupiła się na krytyce PiS w kolejnym materiale, poświęconym wyborom. Szanse Andrzeja Dudy w wyścigu prezydenckim recenzował Stefan Niesiołowski, zaś o braku zdolności koalicyjnych Prawa i Sprawiedliwości wypowiadali się politycy PSL i SLD.
Kto włączył „Wiadomości” w środę mógł jednak w pierwszej chwili pomyśleć, że ostatnie tygodnie najzwyczajniej mu się przyśniły. Oto bowiem pierwszym tematem jest madrycka wyprawa posłów PiS. I choć w materiale mowa również o innych posłach, których podróże budzą kontrowersje, trójka głównych bohaterów pozostaje ta sama. Z nazwisk pozostałych posłów poznajemy tylko jedno – Zbigniewa Girzyńskiego. O posłach koalicji – ani słowa.
Programy informacyjne propagandę rozrzedzają newsami o zwierzętach i celebrytach, sportem, pogodą i rzadkimi przebłyskami obiektywizmu. Tomasz Lis serwuje wyłącznie danie główne, nie bawiąc się w żadne niuanse. O ile dziennikarze „Wiadomości” czy „Panoramy Dnia” wciąż jeszcze tylko aspirują, o tyle redaktor Lis dawno osiągnął poziom, dostępny tylko kolegom z TVN i upiorom zamierzchłej przeszłości. Jest wyjątkową ironią losu, że ten propagandzista Platformy Obywatelskiej, z którym współpracować nie były w stanie „zaprzyjaźnione stacje” powrócił do TVP w czasach, gdy ta znajdowała się jeszcze w rękach związanego z PiS Andrzeja Urbańskiego. Następca Bronisława Wildsteina przygarnął bezrobotnego dziennikarza razem z nielubianą przez telewidzów żoną. Urbańskiego w TVP już nie ma, małżeństwo Lisów natomiast ma się dobrze. Nie szkodzą mu ani spadające słupki oglądalności, ani powracające zarzuty o kryptoreklamę, zwłaszcza na łamach prowadzonego przez niego portalu natemat.pl, od pierwszego dnia nazywanego, nie bez powodu, „parówkami”. Również fakt, że Lis kieruje równocześnie tymże prywatnym portalem i notorycznie obrażającym uczucia wielu odbiorców za pomocą skandalizujących i odwołujących się do najniższych instynktów okładek tygodnikiem, nie ma wpływu na jego pracę dla TVP. W drugą stronę zasada ta najwyraźniej nie obowiązuje. Wielokrotnie zwracano uwagę, że w programach, prowadzonych przez Hannę Lis dobór tematów uzasadniany bywa publikacjami tygodnika jej męża. Sam Tomasz Lis ma natomiast swoją audycję, w której raz na tydzień podlizuje się bezwstydnie politykom partii rządzącej i atakuje opozycję. Nie tak dawno po raz kolejny było o nim głośno, gdy publiczność w studiu, związana jak się później okazało z działaczką młodzieżówki PO, odśpiewała „Sto lat” goszczącemu w studiu Donaldowi Tuskowi.
Program „Tomasz Lis na żywo” rozpoczął montaż z wydarzeń mijającego tygodnia, skonstruowany według najgorszych wzorców jakie pamiętać możemy z dzienników stanu wojennego lub kart powieści George’a Orwella. Współczesny polski Winston Smith zobaczył więc uśmiechnięte panie Ewę Kopacz i Hannę Gronkiewicz-Waltz, groźną, ponurą demonstrację PiS i zaciętych polityków, mówiących o sfałszowanych wyborach. Gościem pierwszej części programu Tomasza Lisa był Radosław Sikorski. Kiedyś – polityk PiS, później szef MSZ Donalda Tuska, dziś – marszałek sejmu. Lis pytał Sikorskiego o to, jakie znaczenie ma objęcie przez byłego premiera funkcji w Brukseli. O tym, że potężne, obaj panowie mówili wręcz ze łzami w oczach, nie bacząc na to, że przekraczają granice śmieszności. Od roli propagandowej do komediowej jest przecież tylko jeden krok. Gdy Lis namawiał Sikorskiego na jak najmocniejszą krytykę prezesa PiS, trzymał się roli propagandzisty. Ponownie wypadł z niej jednak pod koniec. Pytając byłego szefa dyplomacji, czy ma możliwość ukarania Jarosława Kaczyńskiego za nieużycie w sejmowym wystąpieniu słów „panie marszałku”, patrzył na swego rozmówcę wzrokiem proszącym, niczym osiołek ze „Shreka”. Nie sposób było się w tym momencie nie roześmiać. To te same emocje, które widzieliśmy, gdy padły słynne słowa „Panie prezydencie, niech pan nas ratuje”, wypowiedziane przez młodego jeszcze Tomka do Lecha Wałęsy w czerwcu 1992 roku. Wałęsa, jak wiemy, uratował, dzięki czemu dziś do roli życiowych dramatów urasta prośba, by silniejszy kolega zrobił psikusa koledze nielubianemu.
Hanna Lis, która w swoim czasie ogłoszona została liderką sondaży, typujących najmniej popularną prezenterką TVP, prowadzi dziś, na przemian z Joanną Racewicz, audycję „Po przecinku” w TVP Info, gdzie, podobnie jak mąż, prowadzi rozmowy z politykami. W ostatnim dniu przed ciszą wyborczą, 28 listopada, gościła u siebie Leszka Millera, który, tak, jak Sikorski w „Tomasz Lis na żywo” mówić musiał głównie o Kaczyńskim. Tym razem – tłumaczyć się z zajęcia zbliżonego do prezesa PiS stanowiska w sprawie I tury wyborów samorządowych. Po wyborach obie prowadzące najbardziej interesował sukces Roberta Biedronia.
Małżeństwo Lisów jak w soczewce skupia wszystkie patologie mediów III RP. Choć trudno winić dzieci za życiowe wybory rodziców, mocno uwikłanych w PRL, świadoma ich kontynuacja nie przynosi im chwały. Jeżeli zaś areną dla takich działań staje się TVP, wyraźnie widzimy, że mamy do czynienia nie ze zmianą, a kontynuacją, co najwyżej w nowocześniejszej formie. Choć cieszą się coraz mniejszą sympatia widzów, Lisowie wydają się niezatapialni. Czy jest tak tylko dla tego, że na ich tle prawie każdy dziennikarz jawić się będzie jako wzór obiektywizmu?
Tekst ukazał się we wczorajszym wydaniu Gazety Polskiej Codziennie
Kto włączył „Wiadomości” w środę mógł jednak w pierwszej chwili pomyśleć, że ostatnie tygodnie najzwyczajniej mu się przyśniły. Oto bowiem pierwszym tematem jest madrycka wyprawa posłów PiS. I choć w materiale mowa również o innych posłach, których podróże budzą kontrowersje, trójka głównych bohaterów pozostaje ta sama. Z nazwisk pozostałych posłów poznajemy tylko jedno – Zbigniewa Girzyńskiego. O posłach koalicji – ani słowa.
Programy informacyjne propagandę rozrzedzają newsami o zwierzętach i celebrytach, sportem, pogodą i rzadkimi przebłyskami obiektywizmu. Tomasz Lis serwuje wyłącznie danie główne, nie bawiąc się w żadne niuanse. O ile dziennikarze „Wiadomości” czy „Panoramy Dnia” wciąż jeszcze tylko aspirują, o tyle redaktor Lis dawno osiągnął poziom, dostępny tylko kolegom z TVN i upiorom zamierzchłej przeszłości. Jest wyjątkową ironią losu, że ten propagandzista Platformy Obywatelskiej, z którym współpracować nie były w stanie „zaprzyjaźnione stacje” powrócił do TVP w czasach, gdy ta znajdowała się jeszcze w rękach związanego z PiS Andrzeja Urbańskiego. Następca Bronisława Wildsteina przygarnął bezrobotnego dziennikarza razem z nielubianą przez telewidzów żoną. Urbańskiego w TVP już nie ma, małżeństwo Lisów natomiast ma się dobrze. Nie szkodzą mu ani spadające słupki oglądalności, ani powracające zarzuty o kryptoreklamę, zwłaszcza na łamach prowadzonego przez niego portalu natemat.pl, od pierwszego dnia nazywanego, nie bez powodu, „parówkami”. Również fakt, że Lis kieruje równocześnie tymże prywatnym portalem i notorycznie obrażającym uczucia wielu odbiorców za pomocą skandalizujących i odwołujących się do najniższych instynktów okładek tygodnikiem, nie ma wpływu na jego pracę dla TVP. W drugą stronę zasada ta najwyraźniej nie obowiązuje. Wielokrotnie zwracano uwagę, że w programach, prowadzonych przez Hannę Lis dobór tematów uzasadniany bywa publikacjami tygodnika jej męża. Sam Tomasz Lis ma natomiast swoją audycję, w której raz na tydzień podlizuje się bezwstydnie politykom partii rządzącej i atakuje opozycję. Nie tak dawno po raz kolejny było o nim głośno, gdy publiczność w studiu, związana jak się później okazało z działaczką młodzieżówki PO, odśpiewała „Sto lat” goszczącemu w studiu Donaldowi Tuskowi.
Program „Tomasz Lis na żywo” rozpoczął montaż z wydarzeń mijającego tygodnia, skonstruowany według najgorszych wzorców jakie pamiętać możemy z dzienników stanu wojennego lub kart powieści George’a Orwella. Współczesny polski Winston Smith zobaczył więc uśmiechnięte panie Ewę Kopacz i Hannę Gronkiewicz-Waltz, groźną, ponurą demonstrację PiS i zaciętych polityków, mówiących o sfałszowanych wyborach. Gościem pierwszej części programu Tomasza Lisa był Radosław Sikorski. Kiedyś – polityk PiS, później szef MSZ Donalda Tuska, dziś – marszałek sejmu. Lis pytał Sikorskiego o to, jakie znaczenie ma objęcie przez byłego premiera funkcji w Brukseli. O tym, że potężne, obaj panowie mówili wręcz ze łzami w oczach, nie bacząc na to, że przekraczają granice śmieszności. Od roli propagandowej do komediowej jest przecież tylko jeden krok. Gdy Lis namawiał Sikorskiego na jak najmocniejszą krytykę prezesa PiS, trzymał się roli propagandzisty. Ponownie wypadł z niej jednak pod koniec. Pytając byłego szefa dyplomacji, czy ma możliwość ukarania Jarosława Kaczyńskiego za nieużycie w sejmowym wystąpieniu słów „panie marszałku”, patrzył na swego rozmówcę wzrokiem proszącym, niczym osiołek ze „Shreka”. Nie sposób było się w tym momencie nie roześmiać. To te same emocje, które widzieliśmy, gdy padły słynne słowa „Panie prezydencie, niech pan nas ratuje”, wypowiedziane przez młodego jeszcze Tomka do Lecha Wałęsy w czerwcu 1992 roku. Wałęsa, jak wiemy, uratował, dzięki czemu dziś do roli życiowych dramatów urasta prośba, by silniejszy kolega zrobił psikusa koledze nielubianemu.
Hanna Lis, która w swoim czasie ogłoszona została liderką sondaży, typujących najmniej popularną prezenterką TVP, prowadzi dziś, na przemian z Joanną Racewicz, audycję „Po przecinku” w TVP Info, gdzie, podobnie jak mąż, prowadzi rozmowy z politykami. W ostatnim dniu przed ciszą wyborczą, 28 listopada, gościła u siebie Leszka Millera, który, tak, jak Sikorski w „Tomasz Lis na żywo” mówić musiał głównie o Kaczyńskim. Tym razem – tłumaczyć się z zajęcia zbliżonego do prezesa PiS stanowiska w sprawie I tury wyborów samorządowych. Po wyborach obie prowadzące najbardziej interesował sukces Roberta Biedronia.
Małżeństwo Lisów jak w soczewce skupia wszystkie patologie mediów III RP. Choć trudno winić dzieci za życiowe wybory rodziców, mocno uwikłanych w PRL, świadoma ich kontynuacja nie przynosi im chwały. Jeżeli zaś areną dla takich działań staje się TVP, wyraźnie widzimy, że mamy do czynienia nie ze zmianą, a kontynuacją, co najwyżej w nowocześniejszej formie. Choć cieszą się coraz mniejszą sympatia widzów, Lisowie wydają się niezatapialni. Czy jest tak tylko dla tego, że na ich tle prawie każdy dziennikarz jawić się będzie jako wzór obiektywizmu?
Tekst ukazał się we wczorajszym wydaniu Gazety Polskiej Codziennie
(5)
8 Comments
Swego czasu, żartem,
06 December, 2014 - 16:01
Nie pamietam - jak się nazywał pan, który wyciagnął "Watergate"? Może do tych wzorców należałoby sięgać?
"Cave me, Domine, ab amico, ab inimico vero me ipse cavebo."
B-N-R to cudowny portal
06 December, 2014 - 20:48
@VAN
06 December, 2014 - 21:06
alchymista
06 December, 2014 - 22:37
No, bo co takiemu powiedzieć...
Pozdrawiam,
Budyń
06 December, 2014 - 20:59
Poza tym nie ma tam żadnej informacji ani publicystyki analizującej wydarzenia w kraju.
@waw75
07 December, 2014 - 02:21
Człowiek, który na czole i rękach nosi apokaliptyczne znamię "bestii", człowiek który zaprzedał się metafizycznemu złu. Jego programy powodują agresję i sprawiają, że ludzie źli stają się jeszcze gorsi.
Tomasz Lis roku 2014, to człowiek cyniczny, który nie liczy się z pozorami "obiektywizmu", który zaprzecza misji dziennikarskiej.
Tak wyglądają ludzie opętani, przewrotni i źli. Pozostaje się za niego modlić, aby nie było mu dane czynić jeszcze więcej zła na tym świecie.
Pozdrawiam.
Cytat:
Jeśli będziecie żądać tylko posłuszeństwa, to zgromadzicie wokół siebie samych durniów.
Empedokles
Budyniu, litości!
06 December, 2014 - 21:02
A pigułka działa wymiotnie i laksująco, ledwo dotrwałem do końca felietonu.
Chyba przyzwyczajony do oglądania TV Republika i TV TRWAM straciłem już odporność na wszelkie trucizny!
przepraszam, taka praca :(
06 December, 2014 - 23:11