Czekali Państwo na telefon z IPN?
– Oczywiście. Około dwóch lat temu oddałem materiał genetyczny do porównań. O znalezieniu „Mundka” poinformował mnie telefonicznie prof. Krzysztof Szwagrzyk. Oczekiwałem tej wiadomości i byłem w zasadzie na nią przygotowany, bo wiedziałem, że wcześniej znaleziono „Zaporę”, „Rysia” i kilku innych. Mimo wszystko coś mnie ścisnęło za gardło i oczy się zaszkliły. Żona siedziała akurat obok, gdy zadzwonił profesor. Popatrzyła na mnie i powiedziała: „Co, nie wytrzymałeś?”, a mi łza po policzku pociekła. Nie mogłem się powstrzymać ze wzruszenia. Tego momentu nie zapomnę na pewno do końca życia. Na uroczystość wręczenia rodzinom not identyfikacyjnych przyjechałem do Belwederu z żoną i synem. Bardzo ją przeżyliśmy.
„Mundka” ciągnęło do wojska?
– Wiem, że chciał się kształcić, nawet w czasie okupacji niemieckiej ukończył maturę na tajnych kompletach i chciał zostać inżynierem. Był głodny wiedzy, ale jego życie potoczyło się inaczej. Po ukończeniu tajnej podchorążówki walczył w oddziale AK kpt. Stanisława Łukasika „Rysia”, biorąc udział we wszystkich akcjach oddziału przeciwko Niemcom. „Mundek” był pogodny, wesoły, towarzyski. Lubił śpiewać, żartować, podobnie jak mój ojciec. Tak właśnie go sobie wyobrażam. Był pełen optymizmu i planów na przyszłość, o czym mówili mi dziadkowie. Był ich ukochanym synem. „Mundek” miał kilkoro rodzeństwa, siostrę i trzech braci, ostatni zmarł kilka lat temu. Rodzina była więc dosyć liczna. W domu pielęgnowano tradycje wojskowe, w AK był również mój ojciec, któremu jakoś udało się uniknąć aresztowania. W czasie wojny zginął za to siostrzeniec „Mundka”, dowódca konnego zwiadu, którego ciężko rannego Niemcy żywcem spalili.
W październiku 1944 r. młodego Tudruja zatrzymali funkcjonariusze NKWD, trafił do sowieckiego obozu dla jeńców wojennych i internowanych w Borowiczach, jednego z najcięższych dla Polaków.
– Tak. Nie wiem, jak to się stało, że powrócił stamtąd w marcu 1946 roku. Nie wiem, czy uciekł, czy wypuszczono wówczas część tych żołnierzy AK. Zaraz po powrocie wstąpił znów do oddziału „Rysia”. Słyszałem, że był bardzo zdyscyplinowanym i lojalnym żołnierzem, dzięki temu w tak młodym wieku awansował u „Rysia”, a później bezpośrednio u „Zapory”, gdy major objął dowództwo. Jesienią 1946 r. Hieronim Dekutowski mianował go dowódcą piętnastoosobowego oddziału, a kilka miesięcy później zaproponował mu wyjazd na Zamojszczyznę, gdzie uczestniczył w akcjach zbrojnych przeciw komunistycznemu aparatowi bezpieczeństwa. Poszukiwany przez funkcjonariuszy UB często zmieniał miejsce zamieszkania. W 1947 r. wraz z „Rysiem”, „Zaporą” i grupą innych żołnierzy zagrożonych aresztowaniem próbował opuścić kraj. Oni wiedzieli, że jeśli ich złapią, to nieodwołalnie grozi im wyrok śmierci. Nie udało im się jednak, bo zostali zdradzeni. 16 września 1947 r. aresztowali ich w Nysie funkcjonariusze Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Katowicach, a 15 listopada 1948 r. „Mundek” został skazany przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie na karę śmierci.
Wie Pan, kto ich zdradził?
– Na ten temat jest kilka różnych teorii. Nie chcę powtarzać pogłosek, bo mogą być krzywdzące dla niektórych, nieżyjących już zresztą ludzi. Powiem tylko, że nie udało się dotrzeć do akt UB, w których na pewno zawarto informacje, kto pomagał w ich ujęciu. Nie wiem, czy akta te zostały zniszczone, czy jeszcze tkwią w jakichś zakamarkach archiwów. Sądzę jednak, że jakaś dokumentacja na pewno była, bo złapanie „Zapory” było dla UB dość poważną akcją. Aresztowali wtedy ważnych oficerów podziemia antykomunistycznego. Trzeba pamiętać, że jeszcze w latach 50. i 60. te polowania na żołnierzy podziemia były prowadzone. Weźmy chociażby „Lalka”, poszukiwali go przez tyle lat, aż w końcu złapali go, zapewne też na skutek zdrady, i zabili.(...)
http://www.radiomaryja.pl/informacje/te-kosci-to-wszystko-co-mamy/