Wygraliśmy. Co dalej?

 |  Written by Krzysztof Karnkowski  |  2
Po ogłoszeniu ostatecznych wyników wyborcy Andrzeja Dudy odetchnęli  z ulgą. Przecieki i dane cząstkowe zamieniły niedzielę i część poniedziałku w dreszczowiec. Obawy oparte były o prawidłowości znane z wcześniejszych wyborów, np. zasadę, że kandydat konserwatywny więcej głosów zbiera w pierwszej połowie dnia. Gdy o godzinie 13 na mapach frekwencji widać było, obok przewagi Dudy, wyższy udział wyborców z Polski wschodniej, można było mieć obawy, że w późniejszych godzinach szalę przeważy elektorat Komorowskiego z zachodu kraju. Tak się jednak nie stało. W części województw, w których Bronisław Komorowski miał większy potencjalny elektorat, wiele osób nie poszło na wybory. Nie pomogła mobilizacja sms-ami, przeprowadzana późno i rozpaczliwie. Głosy na Dudę spływały przez cały dzień, bowiem elektorat z grupy wiekowej 18-29 i wyborcy Pawła Kukiza wymykają się dotychczasowym prawidłowościom, niekoniecznie trafiając do lokalu wyborczego prosto z niedzielnej sumy. Komorowskiemu nie pomogły też liczone na końcu głosy z Warszawy, choć w stolicy proporcje od poprzednich wyborów zmieniły się tylko nieznacznie na niekorzyść PO. Nie zapominajmy jednak, że pomimo ponad siedmiu lat afer i psucia państwa, fatalnej kampanii wyborczej i narastającego odklejenia władz od społeczeństwa i rzeczywistości, na Bronisława Komorowskiego swój głos oddało ponad 8 milionów osób.

Oczywiście wypowiedzi takie, jak stwierdzenie, że Duda wygrał w internecie, a Komorowski w realu, to uciekanie od faktów. W realu PO przegrywała zawsze, ale dotąd potrafiła wygrać dzięki medialnemu dopingowi i przewadze w internecie. Platforma jednak przestała, o czym piszą już właściwie wszyscy, rozumieć sieć, tymczasem na jej rzecz znaczenie stracili pozostali medialni gracze. Przegrana Komorowskiego w liczbach nie jest zbyt wielka, to prawda, niemniej w tej grze nie ma srebrnego medalu, zwłaszcza dla uczestnika walczącego o drugą kadencję. W 1995 roku Lech Wałęsa z Aleksandrem Kwaśniewskim przegrał minimalnie tylko większym stosunkiem głosów, a jednak jego pozycja w polskiej polityce stopniała błyskawicznie. Urzędujący prezydent jest w trochę lepszej sytuacji, mając za sobą liczącą się partię polityczną, którą Wałęsa nie dysponował.  Ma też jednak predyspozycję do powtórzenia drogi swego poprzednika, do którego prezydentury nawiązywał w równym stopniu, co do sposobu sprawowania tej funkcji przez Kwaśniewskiego. Zauważmy zresztą, że i Aleksander Kwaśniewski w pewnym stopniu powtórzył drogę Wałęsy. Choć długo oczekiwano jego powrotu do pierwszej ligi, w skutek problemów z alkoholem stał się figurą komiczną i nie odgrywa już żadnej roli w polityce. Jego poparcie dla Bronisława Komorowskiego zostało wyśmiane i zlekceważone, a dla wielu wyborców było pocałunkiem śmierci.

Triumfalizm, choć można przekuć go w energię społeczną, niesie za sobą ryzyko niewiele mniejsze od marazmu, jaki dopadł część społeczeństwa po wyborach 2007 roku i, w mniejszym stopniu, w latach 2010-1014. Na prezydenturę Andrzeja Dudy czyha kilka zagrożeń, parę czynników jej natomiast sprzyja. Omówmy najważniejsze.

Główne zagrożenia, na jakie narażony jest Duda, a w raz z nim cały obóz zmiany, to przemysł pogardy i realna władza, pozostająca w rękach Platformy co najmniej do jesieni. Przemysł pogardy od kilku dni pracuje na pełnych obrotach. Tym razem walczy z wieloma przeciwnikami. To już nie tylko bracia Kaczyńscy (bo przecież Lech Kaczyński atakowany jest nadal) i „sekta smoleńska” (przed 10 kwietnia 2010 – „moherowa koalicja”), lecz również sfrustrowana III RP młodzież i Paweł Kukiz, którego nie udało się ani spacyfikować, ani kupić po pierwszej turze. Początkowo atakowano Dudę SKOK-ami, jednak nie zainteresowało to wyborców. Później chciano zrobić z niego plastikowego maminsynka, co przez elektorat, oddolnie i spontanicznie, zostało zneutralizowane niczym określenie „Ciemnogród” dwadzieścia lat wcześniej. Dziś znów atakuje się przywoływaniem tematu pomnika smoleńskiego, w czym, nie wiedzieć czemu, postanowił pomóc redaktor Mazurek, rozpoczynając pierwszy po wyborach wywiad z Dudą od tej właśnie kwestii.
Tymczasem na Facebooku, jak w najgorszych czasach po 10 kwietnia, w pewnych kręgach furorę robią żarty o drugim tupolewie. Rozpowszechnia je między innymi Łukasz Słowak, autor opublikowanego w GW „listu wkurzonego wyborcy PO”, będącego przygotowaniem gruntu pod nową inicjatywę Ryszarda Petru. Kwestię tej szalupy ratunkowej zostawmy jednak na inną okazję i wróćmy do przemysłu pogardy. Platforma próbuje w ostatnich tygodniach stroić się w piórka jego ofiary, w czym pomagają jej publicyści. Najgłośniejszy protest wywołała Dominika Wielowieyska, która na swoim Twitterze napisała „Życzę prezydentowi Dudzie, aby nie spotkała go fala pogardy, jaka była wPolityce.pl wobec prezydenta Komorowskiego”.  Wpis ten był reklamą artykułu Wojciecha Czuchnowskiego, który próbował Prawo i Sprawiedliwość obciążyć odpowiedzialnością za wprowadzenie języka nienawiści do polskiej polityki i jej społecznego odbioru. Coraz więcej pojawia się oskarżeń o wynajmowanie przez PiS internetowych trolli.

Czy jednak przemysł pogardy 2015 roku ma takie same szanse powodzenia, jak jego wcześniejsze wcielenia? Nie byłbym tego taki pewny. W roku 2005 zwolennicy PiS byli zaszokowani skalą ataku, co w dużym stopniu uczyniło ich bezbronnymi. Nałożyła się na to dominacja „młodych wykształconych” w internecie, która topniała w kolejnych latach, by ostatecznie zniknąć w okolicach 2014 roku. Dziś ci sami politycy, którzy w zwołujących się przez sieć hejterach widzieli zalążek społeczeństwa obywatelskiego, piszą o upadku obyczajów w „pisowskim” internecie. Tradycyjne media natomiast mają na ludzi coraz mniejszy wpływ, a ich manipulacje niemal natychmiast demaskowane są przez odbiorców, którzy mają własne narzędzia, by je nagłośnić. Stąd nerwowość dziennikarzy. Dodatkowym czynnikiem jest wejście na scenę pokolenia, które politykę odbiera w zupełnie inny sposób, inaczej też patrzy na medialne przekazy i które histerię bądź panikę starszych kolegów raczej wyśmieje, niż jej ulegnie. Pamiętajmy, jak niskie poparcie w tej grupie miał Komorowski.

Drugie, ważniejsze zagrożenie to pozostawanie PO przy władzy przez następne miesiące. Platforma nie zrezygnuje z obsadzenia swoimi ludźmi kolejnych stanowisk. Czytamy o zamachu na Trybunał Konstytucyjny, czy planach zmiany prezesa NBP. Może to spowodować dotkliwe ograniczenie możliwości działania, zwłaszcza w sytuacji, w której stronnictwo zmiany nie zdobędzie większości konstytucyjnej. Nie wiemy też, jak czas do 6 sierpnia wykorzysta Bronisław Komorowski. Na te wątpliwości nakłada się demonstracyjna wrogość polityków partii rządzącej.  Na uroczystości wręczenia informacji PKW zabrakło obecnego prezydenta, marszałków sejmu i senatu oraz szefa MSZ. Sikorski dokonał natomiast natychmiastowego wygaszenia mandatu Dudy w parlamencie europejskim, co spowodowało poważne problemy organizacyjne i finansowe dla osób zatrudnionych w biurze europosła, które z dnia na dzień znalazły się bez pracy.

Największą szansą Andrzeja Dudy jest wygenerowany przez niego społeczny entuzjazm. Duda to nowa, odmłodzona twarz polskiej polityki i Prawa i Sprawiedliwości jako partii. Na początku roku pisałem, że traktowana jako zagrożenie niewielka rozpoznawalność polityka może okazać się atutem w oczach osób, które rozczarowane są całą klasą polityczną. Duda jako osoba doświadczona, lecz niezgrana, rzadko pokazywana w telewizji, trafił w te potrzeby. Równocześnie zdobył sympatię  wyborców mówiąc o ich problemach, czym odróżnił się od Komorowskiego, opowiadającego zmęczonemu społeczeństwu o sukcesach elit. Największą szansą jest więc potrzeba zmian, której, pod hasłem „Dobra zmiana”, stał się twarzą. Pisałem o tym w artykułach poświęconych kolejnym tygodniom kampanii wyborczej. Co więcej, wokół niego może zaistnieć szeroki front, co widać już po zdobyciu przez niego poparcia obu dużych central związkowych. 

Ważnym czynnikiem  jest też zmiana sytuacji międzynarodowej.  Zaskakująco ciepłe gesty wobec nowego prezydenta Polski wykonały zarówno Berlin, jak Moskwa. Historia pokazuje, że najlepszy dla Polski czas to ten, gdy w relacjach Niemiec i Rosji panuje wrogość, lub co najmniej nieufność. To moment, by wybić się na dyplomatyczną samodzielność. Ekipa Tuska, Kopacz i Komorowskiego budowała swoją pozycję na równoczesnym zadowalaniu obu silniejszych sąsiadów, od czasu do czasu podlizując się również Ameryce. Było to dobre na czas dobrych relacji między światowymi potęgami, czyni nas jednak niewiarygodnym sojusznikiem w sytuacji ich skonfliktowania. Andrzej Duda, prowadzący pewną i zdecydowaną politykę zagraniczną, może być lepszym partnerem, niż uległy, chcący podobać się wszystkim Komorowski ze swoim otoczeniem.

Sytuacja w polskiej polityce przyspieszyła w ostatnich miesiącach w sposób niespodziewany. Nakłada się na to zmienność sytuacji międzynarodowej. Nie sposób dziś przewidzieć wszystkich czynników wewnętrznych i zewnętrznych, które wpłyną na skuteczność planów Andrzeja Dudy i zmianę sytuacji Polaków. W oparciu o czynniki opisane wyżej i tendencje, które zarysowały się w ostatnich miesiącach, można jednak – pierwszy raz od bardzo dawna – w spojrzeniu na przyszłość Polski zaryzykować ostrożny optymizm.

Artykuł (w werskji skróconej) ukazał się we wczorajszym wydaniu Gazety Polskiej Codzienie
 
5
5 (5)

2 Comments

Obrazek użytkownika MD

MD
Problemem podstawowym pozostaje nadal czy Naród chce być wolny, czy tylko tę wolność demonstrować. Jeśli utrzyma się tendencja do krytycznego spojrzenia na rządzących ponad to co serwuje poropaganda medialna można mieć nadzieję, że rozpaczliwe wysiłki Kopacz, Petru, Komorowskiego, Celińskiego i innych nic nie dadzą.
Obrazek użytkownika polfic

polfic
Najważniejsze to nie osiąść na laurach, tylko walić dalej, tak jakby te wybory nie były wygrane.

Więcej notek tego samego Autora:

=>>