Wasilewska i Thun (1)

 |  Written by Godziemba  |  0
Czy Róża Thun podąża śladami Wandy Wasilewskiej?
 
      Obie pochodziły z dobrych rodzin, zasłużonych dla Polski, obie nie były zbyt inteligentne, obie posiadały trudną urodę, obie oddały swoją duszę świeckiemu bożkowi.
 
       Dla Wasilewskiej bogiem został komunizm moskiewskiego obrządku, w zespoleniu z którym osiągnęła pełne szczęście. Dla Thun bogiem został europeizm brukselskiego obrządku, któremu oddała wszystkie swoje siły..
 
         Wasilewska chciała włączenia Polski jako siedemnastej republiki w skład Związku Sowieckiego, Thun chce aby Polska stała się częścią federalnego państwa europejskiego, zarządzanego przez brukselsko-berlińską biurokrację, oddającą hołd Marksowi i kierującą się wskazaniami komuinisty Spinellego.
 
       „Trudno o czystszą formę zdrajcy i renegata” – trafnie scharakteryzowała działalność Wasilewskiej Maria Dąbrowska. Thun jest na najlepszej drodze do osiągnięcia podobnego miana.
 
           Wanda Wasilewska była córką bliskiego współpracownika i doradcy marszałka Piłsudskiego, pierwszego ministra spraw zagranicznych (w rządzie Moraczewskiego) i architekta polskiej polityki wschodniej w II RP, dyplomaty i historyka Leona Wasilewskiego.
 
          „Mój ojciec, którego bardzo kochałam, z którym byłam uczuciowo silnie związana, nienawidził Rosji jako takiej – przyznawała Wasilewska. – Dla niego w gruncie rzeczy było obojętne, czy to była biała Rosja, czy czerwona. On miał absolutnie negatywny stosunek do Rosji we wszystkich jej postaciach” .
 
           Dzięki wsparciu ojca żyło jej się bardzo dobrze. Leon Wasilewski, najpierw torował drogę na łamy prasy wierszom córki, a potem ułatwiał jej wydanie książek dla młodzieży oraz druk artykułów. Również pierwsza demaskatorska powieść Wasilewskiej, jawnie wzywająca do rewolucji, ukazała się dzięki zabiegom i poparciu ojca. „Życie tej bardzo wygodnej pani płynęło w Polsce spokojnie, dostatnio i nad wyraz lekko” –wspominał Marian Czuchnowski.
 
           W 1934 roku weszła jako jedna z kilku młodych osób do Rady Naczelnej PPS. Już wtedy można było dostrzec jej radykalizm, skłonność do widzenia spraw w kolorach czarno-białych, emocjonalność przesłaniająca zdolność do krytycyzmu.
 
           Leon Wasilewski do końca życia był wierny ideałom niepodległościowego ruchu socjalistycznego, który komuniści przez większą część okresu międzywojennego zwalczali, obdarzając z założenia jego wyznawców pogardliwymi określeniami typu: „socjalpatrioci” czy „socjalfaszyści”.
 
           Ona zaś w drugiej połowie lat 30. stała się fanatyczną komunistką. Aleksander Wat tak o tym zjawisku pisał: „Niezbadana jest dusza kobiet fanatycznych, świętych Teres komunizmu. […] To są mistyczki, które nie widzą rzeczywistości, a raczej widzą inną rzeczywistość niż my widzimy” .
 
          Róża Woźniakowska również wywodzi się z bardzo dobrej rodziny o ziemiańskich tradycjach. Wśród członków jej rodziny można wymienić Józefa Czapskiego, wybitnego pisarza Michała Pawlikowskiego oraz Beatę Obertyńską. Jej ojcem  był prof. Jacek Woźniakowski, historyk sztuki, żołnierz AK, związany z kołem poselskim Znak, „Tygodnikiem Powszechnym”, oraz „Więzią”.
 
           Woźniakowska pierwotnie chciała iść na polonistykę, jednak zrezygnowała ze względu na brata Henryka, polonistę. – „Nie chciałam, żeby mówili, że taki wspaniały brat i beznadziejna siostra. Wiedziałam, że będę dużo gorsza od niego”.
 
           Rozpoczęła więc studia anglistyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim. Po zamordowaniu Stanisława Pyjasa została rzecznikiem krakowskiego Studenckiego Komitetu Solidarności związanego z KOR, środowiskowo różnym od „Tygodnika Powszechnego”, ale najpopularniejszym wśród opozycyjnej młodzieży. Znajomość języków obcych pozwoliła jej na nawiązanie szeregu znajomości wśród zagranicznych dziennikarzy, akredytowanych w PRL.
 
           Za komentarz dotyczący jej działalności niech posłużą słowa jej kolegi z czasów SKS Bronisława Wildsteina, który w wywiadzie dla Radia RM FM powiedział: „Natomiast w wypadku Róży Thun, to jest przykład osoby, która nie jest zupełnie przygotowana do stanowisk, które zajmuje.  Jeżeli myśmy ją kochali, to z pewnością nie za jej inteligencję.”
 
         Wkrótce po przegranej wojnie Polski z Niemcami, jesienią 1939 roku Wasilewska pojechała do Moskwy, gdzie zamieszkała w domu Zofii Marchlewskiej.

           Jerzy Putrament przekonywał, że „To nie ona wyrywała się do Moskwy. To Moskwa szukała jej wśród uchodźców. Stało się to szybko i sprawnie ze względu na osobę, która się nią interesowała. Osobą tą był Stalin” .
 
 
           Stalin przyjął ją na Kremlu już pod koniec stycznia 1940 roku. Okazało się, że znał jej przedwojenną twórczość i wysoko oceniał przede wszystkim jej powieść o Polesiu, której wydanie zostało po części sfinansowane przez sowiecką ambasadę w Warszawie. Wasilewska z kolei  zrobiła na wodzu duże wrażenie, bowiem obdarzył ją dużym zaufaniem, umożliwił bezpośredni dostęp do siebie, a także bezpośredni telefon specjalny (tzw. wiertuszka), co oznaczało więcej niż wpływy w najwyższych urzędach. Szefowie administracji i organizacji partyjnych w rejonach jej działalności otrzymali polecenie honorowania wszelkich pism i zaświadczeń sygnowanych przez Wasilewską.
 
             Została nieformalnym przedstawicielem Stalina we Lwowie, gdzie jej zadaniem było pozyskanie dla komunizmu polskich intelektualistów.
 
 
           „Władze sowieckie otoczyły ją od razu dymem kadzideł – pisał  Adam Ciołkosz. – Skierowała się do Lwowa, dokąd przybyła w połowie października. Wanda Wasilewska była od razu persona gratissima. Wypłacono jej honoraria za wydane w Moskwie przekłady; traktowano z największymi honorami: była u komdiwa Iwanowa, wojskowego komendanta miasta Lwowa, niemal jak u siebie w domu”.
 

           Niezbyt długo trwała fikcja polskości; upadły marzenia o Lwowie jako „Piemoncie kulturalnym”. Polscy autorzy mieli zostać pisarzami imperium sowieckiego, a spotkania tej grupy nazywano złośliwie „sekcją kajakową”. Obowiązywał bowiem typowo sowiecki rytuał: wszyscy ciągle się kajali i przepraszali za swoje winy.
 
 
           Maria Dąbrowska napisała trafnie, iż  „Wanda Wasilewska wyparła się ojczyzny wtedy, kiedy Polska leżała zdruzgotana i pokonana. Wyparła się aktywnie, nie już krytykując, ale spotwarzając Polskę. W publicznych przemówieniach we Lwowie pozwalała sobie mówić, że żyła w Polsce jak szczute zwierzę i że teraz dopiero znalazła ojczyznę. To nikczemne kłamstwo. W Polsce jej nigdy włos nie spadł z głowy. Brała grubą forsę za książki i za „Płomyka”. Jedyna przykrość, jaka ją spotkała, to że jej odebrano redakcję „Płomyka”, gdy stał się nadto propagandą sowiecką” .
 
 
           W numerze 7 „Nowych Widnokręgów” z lipca 1941 roku, wydanym w Moskwie już po uderzeniu Niemiec hitlerowskich na Związek Sowiecki, opublikowano jej artykuł zatytułowany „Pieśń o ojczyźnie”, z którego jednoznacznie wynikało, że dla niej wojna rozpoczęła się w dniu 22 czerwca 1941 roku. Jest to logiczne, bo to nie państwo polskie było własnym państwem Wasilewskiej, ale państwo sowieckie.


           Wkrótce po wybuchu wojny w panice uciekła ze Lwowa pozostawiając bez pomocy – mimo, iż powierzono jej obowiązek  ich wywiezienia – grupę polskich  uczonych i intelektualistów z prof. Bartlem i Boyem-Żeleńskim. Przy czym tych ostatnich mogła jakoby uratować zwyczajnie, zabierając ich do swojego  samochodu. Wskutek jej tchórzostwa zostali zamordowani przez Niemców.
 

         W trakcie ucieczki,  na dworcu w Chełmie Lubelskim natrafiła na sporą grupę polskich jeńców z 1939 roku.  Świadek tych wydarzeń, Jalu Kurek, wspominał  później, że „poprosiliśmy wspólnie Wandę Wasilewską, aby porozumiała się z komendantem eskorty radzieckiej celem podania wody spragnionym aresztantom. […] Na naszą prośbę Wanda Wasilewska – koleżanka nasza przecież – uniosła się gniewem, jej długa, pociągła twarz skrzywiła się z zaciętym grymasem; wskazując na aresztowanych oficerów wykrzyknęła: – Wody dla nich? Nigdy nie posunę się do tego. To swołocz! I z nienawiścią w oczach odmówiła interwencji u radzieckiego komendanta. Ten incydent wzbudził u nas wszystkich odruch niesmaku; nawet nie kryli się z oburzeniem ci z nas, którzy byli komunistami od lat.”.
 
 
          Róża Woźniakowska po ślubie we wrześniu 1981 roku pojechała do męża Franza Thuna, wywodzącego się z książęcego austro-niemieckiego rodu, zamieszkującego Morawy, do Niemiec, gdzie przebywała do 1989 roku. Zajęła się wychowaniem dzieci, sporadycznie angażując się w pomoc dla opozycji. Krótko pracowała także w ambasadzie amerykańskiej w Bonn jako tłumacz dla próbujących się dostać do Stanów polskich emigrantów.

 
          Po dwuletnim pobycie w Nepalu, gdzie mąż dostał pracę, w 1992 roku wróciła do Polski. Wkrótce potem zapisała się do mokotowskiego koła Unii Demokratycznej.  W 1998 roku została radną Gminy Warszawa-Centrum z ramienia Unii Wolności. Zdaniem posła PO Łukasza Abgarowicza, ówczesnego szefa klubu radnych Unii Wolności, Róża Thun nigdy nie była blisko spraw warszawskich.
 

         Najważniejszym polem działalności Thun stała się Polska Fundacja im. Roberta Schumanna, której szefową została już w 1992 roku. Fundacja korzysta z pieniędzy Komisji Europejskiej, Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej, niemieckiej Fundacja im. Konrada Adenauera, a także licznych prywatnych firm.
 

        Została współorganizatorką sieci proeuropejskich organizacji pozarządowych, pomysłodawczynią tzw. Parady Schumana oraz innych imprez masowych, których celem było bezkrytyczne wychwalanie „wartości europejskich” oraz integracji europejskiej.
 
CDN.
 
5
5 (2)

Więcej notek tego samego Autora:

=>>